Sakrament pod wodą

Testuję eksperymentalną dla mnie formę postów, czyli odrzucam uporządkowane teksty na rzecz luźniejszych dygresji. Czas pokaże, na ile takie rozwiązanie się sprawdzi, ale już teraz czuję, że zupełnie inaczej podejdę do sformułowania tego, co chodzi mi po głowie po zobaczeniu pewnych dwóch filmów. A że Komunia i Deep Love to bynajmniej nie są bezrefleksyjne gnioty, może wyjść całkiem ciekawie.

Po całkiem udanym, ale z ekonomicznego punktu widzenia niekorzystnym flircie z Netflixem i mniej udanym, a równie nieekonomicznym przetestowaniu MUBI postanowiłem sprawdzić, co ciekawego ma w swoim wirtualnym repertuarze HBO Go. Choć nikt nie płaci mi za reklamę (niestety!), muszę przyznać, że to chyba z tym serwisem streamingowym zaprzyjaźnię się na dłużej. O wyborze seriali nie mogę zbyt dużo napisać, bo oglądam je nieczęsto. Co do filmów śmiało mogę zaś stwierdzić, że jest w czym wybierać: arthouse’owe premiery przeplatają się z kinowymi blockbusterami, ckliwe komedie romantyczne stoją obok naszpikowanych efektami specjalnymi thrillerów, bajki dla dzieci konkurują z opowieściami muzycznymi. Całkiem przepastny worek z dobrociami, z którego kilka dni temu wyłuskałem dwa niewidziane jeszcze przeze mnie polskie dokumenty.

Komunia film

Pierwszy z nich, Komunia, czyli reżyserski debiut Anny Zameckiej, dobrze wpisuje się we wciąż popularny trend ukazywania polskiej prowincji taką, jaka właściwie jest: bez niepotrzebnych upiększaczy i makijażu. Lokalność w tego typu filmach nie skupia się w wymuskanych skansenach czy odnowionych za fundusze europejskie starówkach. Kamera sięga w miejsca, które bohaterowie chcieliby raczej ze wstydem ukryć, odsłaniając zalatujące tanim alkoholem sutenery, brudne klatki schodowe i wyzierający zewsząd marazm. WKomunii tę przygnębiającą, statyczną atmosferę wychwycimy w ciasnym, obskurnym wnętrzu starej kamienicy, gdzie mieszka Ola wraz z  ojcem i niepełnosprawnym bratem, ale tu kluczowe są dialogi. Zamecka z niespotykaną na debiutantkę precyzją sięga po dokumentalny oręż, sprawiając, że czujemy, jakbyśmy oglądali strzępki familijnych nagrań, a nie profesjonalny film. Rozmowy towarzyszące formacyjnemu wydarzeniu – tytułowej Pierwszej Komunii – obrane są ze sztuczności i nierzadko brutalnie atakują swoją intymnością. To właśnie dzięki temu starania głównej bohaterki o to, żeby właściwie przygotować Nikodema do ceremonii, okiełznać nieco nierozgarniętego tatę, a w końcu na nowo uformować rozbitą rodzinę, wydają się widzowi tak autentycznie. Z tego samego powodu tak bardzo boli, a jednocześnie daje do myślenia, jak przygnębiający potrafi być stan zawieszenia i utkwienia w miejscu, z którego nie ma zbytnio wyjścia. Antyklerykalny, dodatkowy plus ode mnie Komunia dostaje za – być może niezamierzoną – krytykę przygotowania do chrześcijańskiego sakramentu. Wyuczone na pamięć formułki i niezrozumiały dla chorego chłopca rachunek sumienia punktuje, jak anachroniczny bywa polski Kościół i mechanizmy jego działania.

Deep Love

Nikodem z filmu Zameckiej nie do końca poprawnie posługuje się aparatem mowy – niczym chory na zespół Tourette’a wypowiada losowe słowa poprzecinane nerwowymi tikami. Z podobnym problemem boryka się główny bohater równie poruszającego filmu Jana P. Matuszyńskiego, którego szersza publiczność poznała dzięki hitowej Ostatniej rodzinie. Życie Janusza Solarza dzieli się na dwa okresy. Pierwszy – czas wzmożonej pracy i prowadzenia kursów nurkowania – zniknął bezpowrotnie w jednej chwili. Od momentu udaru były prawnik i ekonomista musiał nauczyć się żyć ze wszystkimi fizycznymi oraz intelektualnymi ograniczeniami. To, co sprawia, że nie poddaje się i dzielnie znosi męczącą rehabilitację czy niemożność wyrażenia tego, co ma na myśli, kryje się w tytule dokumentu. Deep Love rezonuje na kilku płaszczyznach. To przede wszystkim miłość do cierpliwie wysłuchującej go Joanny. Obserwacja tego, w jaki sposób kobieta porozumiewa się z głównym bohaterem, jej troska o każdy jego ruch, a w końcu kontestacja bicia kolejnych, niebezpiecznych rekordów to jeden z najciekawszych, a zarazem nieoczywistych portretów uczuć w polskim filmie. W podobne tony wpadał Maciej Pieprzyca w debiutanckim Chce się żyć, a poza granicami naszego kraju Richarda Glatzera, opowiadając w Motyl / Still Alice o życiu zapadającej na chorobę Alzheimera profesor neurolingwistyki.

W Deep Love pojawia się ważny motyw, który za każdym razem mnie intryguje, a jednocześnie irytuje – bicia rekordów i przełamywania własnych barier fizycznych. Solarz ma świadomość, że zejście pod wodę na głębokość 100 metrów w jego stanie może doprowadzić do tragedii. Wie, że jego partnerka drży o każdy kolejny wypad z akwalungiem, a lekarze przecząco kiwają głową, gdy na tapet pojawia się kwestia wydania stosownych zaświadczeń. Mężczyzna nie potrafi jednak odpuścić i (nierozsądnie? egoistycznie?) prze na coraz to trudniejsze wycieczki. Ten analogiczny do uczuć himalaistów zdobywających ośmiotysięczniki pęd perfekcyjnie nadaje ton precyzyjnie skrojonemu scenariuszowi. Po tym, gdy widzimy, jak olbrzymią satysfakcję daje nurkowi choćby krótkie zejście pod wodę, trudno jednoznacznie wyrokować, czy jego działania są całkowicie irracjonalne. Myśl o tym nieoczywistym dylemacie zostaje w widzu na długo po obejrzeniu filmu  – a to zdaje się  być najlepszą rekomendacją angażującego odbiorcę dokumentu.

Komunia: Anna Zamecka, 2016

Deep Love:  Jan P. Matuszyński, 2014

PLAYLISTA – przedwiośnie

bieszczady.png

Wprowadzamy się w wiosnę powoli, bez zbędnego pośpiechu, bo przecież jeszcze zimno. Na mroźną, ale zwiastującą nadchodzące ciepło sobotę przygotowałem dla Was playlistę PRZEDWIOŚNIE. Jedenaście piosenek utrzymanych w klimacie niespiesznej, leniwie płynącej elektroniki. Zestawienie rozpoczyna Four Tet i piosenka z jednej z jego starszych płyt. Potem jest trochę vaporwave’u – Infinity Frequencies, Kobayashi Yamato i Mensa Group International. Przyjemną (mam nadzieję) listę uzupełniłem o podopiecznego wytwórni Ninja Tune – Blockhead,  Arms and Sleepers (niedługo w Polsce, bądźcie czujni!) czy alias Baths – Geotic. Miłego słuchania!

MIN t – Assemblage

min t

Asamblaż albo assemblage: forma artystyczna, będąca odmianą kolażu, według której tworzy się trójwymiarowe kompozycje z przedmiotów gotowych. Wskazówkę, jak warto słuchać debiutanckiej płyty MIN t, dostajemy już w jej tytule. Krążek wydany sumptem wrocławskiego kolektywu regime brigade jest bowiem patchworkiem starannie przemyślanych wersów (za dobre, emocjonalne teksty odpowiadają bliscy wokalistki: Kamil Matyja oraz Patrycja Kubicz), sporej dawki artystycznej wrażliwości i nieprzeciętnej dozy muzycznych niespodzianek. W jedenastu (plus Motion, który jest bonusem) premierowych utworach dzieje się bardzo wiele. Kompozycje spaja co prawda duch elektroniki, poskręcanego neo solu i future funku, ale artystka śmiało – i z powodzeniem – odrzuca gatunkowe konwencje. Eksperymentuje z głosem, przeplatając klasyczny śpiew (Down / On) z rapem (Her Story), co w syntetycznym instrumentarium wypada wyjątkowo przekonująco. Świadomie bawi się zniekształceniami, tworząc coś na wzór wymagającego dla słuchacza, ale wyrazistego mikroklimatu. Do współpracy zaprosiła też gitarzystę i perkusistę – nie dość, że takie instrumentarium wpuszcza do futurystycznej mozaiki nieco powietrza, to nadaje całości organicznego rytmu. Powstały efekt brzmi co najmniej intrygująco: instrumentalne Bad Energy Sunflower z wokalizą zahacza o brudniejsze, psychodeliczne elektro, Mousetrap urzeka synth popowym refrenem, a Part of Me skręca w stronę sensualnego downtempo. Warto posłuchać i podesłać znajomym, bo Martyna Kubicz to wokalistka stanowczo niedoceniana.

A, i jeszcze jedno –  jeśli zostanie Wam garść złotych monet pod koniec miesiąca, stanowczo kupcie Assemblage ze względu na warstwę wizualną wydawnictwa. Pastelowa, abstrakcyjna okładka autorstwa Doroty Kaczmarek i starannie zaprojektowany booklet doskonale uzupełniają się z nowoczesnym, pozbawionym sztampy stylem MIN t.

 

Płeć muzyce nierówna

Rzecz właściwie z ostatniej chwili. Całkiem niedawno zawrzało w brytyjskim światku rozrywkowym, gdy Lily Allen, popowa piosenkarka, wyraziła na Twitterze swoją dezaprobatę dotyczącą nierówności płci panującej w line-upach festiwalowych. Na poparcie swojego niezadowolenia artystka spreparowała plakat imprezy Wireless w Londynie, usuwając z nich wszystkie męskie zespoły. Afisz pokrył się białymi plamami – na 37 ujawnione nazwy tylko trzy z nich były projektami stworzonymi przez kobiety.

Problem poruszony przez zaniepokojoną wokalistkę szybko znalazł się na świeczniku innych muzyków (DJ-ka Annie Mac stwierdziła, że dyskryminacja jest zatrważająca), przedstawicieli mediów, a w końcu samych bookerów. Ci ostatni mają przed sobą mur argumentów nie do pokonania – dane. Obliczono, że na jednym z najpopularniejszych angielskich festiwali, Reading & Leeds Festival, w ostatniej dekadzie panie stanowiły tylko 5% line-upu. Pitchfork, amerykański branżowy portal, spojrzał na zagadnienie z jeszcze szerszej perspektywy. Strona zebrała programy wszystkich brytyjskich imprez, ustalając, że tylko 14% wykonawców stanowiły reprezentantki płci piękniejszej. Sam postanowiłem sprawdzić, jak sprawa ma się w Polsce – i nie jest lepiej. Dotychczasowe ogłoszenia tegorocznego Open’era są zdominowane przez mężczyzn w stosunku 13:4. Mało kobiet, a więc nierówność istnieje.

Oczywiście, jak w każdej zahaczającej o równouprawnienie dyskusji, pojawia się pytanie, czy warto podnosić larum. W krótkim filmiku BBC Radio 6 Music, który był dla mnie motorem napędowym do napisania tego postu, pojawia się sugestia, żeby za pięć lat line-upami rządziła równość. Połowa programu należy do panów, połowa do pań. Wprowadzenie takiego rozwiązania niesie za sobą zarówno plusy, jak i minusy. Z pozytywów  – producentki czy instrumentalistki, dotychczas tworzące do szuflady, znalazłyby dodatkową motywację do pokazania się światu. Słuchacze poznaliby wiele nowych postaci, być może wcześniej niemogących pozwolić sobie na regularne koncertowanie. W końcu nie bez powodu powstały Discwoman czy Oramics – inicjatywy zrzeszające DJ-ki, wspierające ich rozwój oraz współorganizujące klubowe trasy. Wreszcie taki trend wpisuje się w działalność ruchu #girlpower, którego celem jest nie tyle sfeminizowanie świata, co zatarcie krzywdzących różnic wynikających z patriarchalnego ładu.

Krytykom pomysłu miga z tyłu głowy lampka ostrzegawcza. Organizatorzy brytyjskiego festiwalu Boardmasters, którego program jest zmaksulinizowany, bronią się, że booking artystów to skomplikowany proces. Płeć wykonawców nie jest w nim decydującym czynnikiem. Wtóruje im kurator Liverpool International Music Festival, Yaw Owusu, twierdząc, że podczas układania line-upu nie skłania się wyraźnie w stronę kobiet lub mężczyzn. To, jacy artyści zagrają podczas imprezy, nie jest dla nich składową ideowego manifestu, a odpowiedzią na potrzeby widowni. W tym roku palmę pierwszeństwa przejmuje hip-hop wszelkiej maści. To, że jest to gatunek zdominowany przez mężczyzn, nie stanowi dla nich problemu, który powinno zestawiać się na równi z mansplainingiem czy oskarżeniami o molestowania seksualne.

Trudno wydać w tej sprawie kategoryczny osąd. Wskazałbym różne czynniki, które go determinują: gatunek muzyczny (o rozbicie patriarchatu rockowych dinozaurów znacznie trudniej), target, kraj czy specyfika wydarzeia. Ocena zależy także od tego, na ile zdefiniujemy festiwal muzyczny jako opiniotwórcze przedsięwzięcie kształtujące pewne postawy społeczne lub je negujące. Za niektórymi imprezami stoi jasne przesłanie – Woodstock to oprócz muzyki apoteoza pokojowego nastawienia do życia, a poznański Ethno Port promuje kulturową różnorodność. Czy takie inicjatywy mogą być także nośnikiem równości płciowej?  Dopóki poznamy odpowiedź na to pytanie, z pewnością minie jeszcze wiele czasu i dyskusji, do których po lekturze tego – i poniższych artykułów – zapraszam.

Rozszerzenie tematu:

https://inews.co.uk/opinion/primaveras-line-suggests-festivals-may-finally-waking-idea-gender-equality/

http://www.stampthewax.com/2017/06/28/is-it-that-hard-for-festivals-to-book-more-gender-balanced-lineups-into-the-valley-humbly-suggests-not/

http://www.dwutygodnik.com/artykul/7569-dziewczyny-ogarniaja.html

http://www.bbc.com/news/entertainment-arts-42972902

 

NEW ROME – Inselbergs

Inselbergs

Polski ambient ma się bardzo dobrze, o czym świadczą zeszłoroczne albumy Emitera, Jacaszka czy NEW ROME. Ostatni z nich, czyli Tomasz Bednarczyk, w listopadzie krążkiem Elsewhere (wyd. Requiem Records) zwieńczył swój intrygujący, całkiem immersyjny tryptyk. Producent nie zaprzestaje artystycznych poszukiwań i z początkiem lutego zaprezentował kolejną garść świeżych kompozycji.

EP-ka Inselbergs doskonale wpisuje się w nową falę ambientu: przekraczającego ramy gatunkowe, śmiało wpadającego w synkretyczny flirt z IDM-em, minimalem czy modern classical. Wrocławianin z powodzeniem eksploruje głębię syntezatorów, które uzupełnione o klawiszowe tła nadają muzyce dość kosmicznego, chciałoby się napisać new age’owego charakteru. Choć to tylko trzynaście minut, przy odrobinie skupienia można odpłynąć do alternatywnego świata znajdującego się gdzieś na styku dokonań Loscila, Rival Consoles czy krautrockowych klasyków. Biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką New Rome wydaje kolejne płyty, na kontynuację twardzielców (dosłowne tłumaczenie tytułu) nie trzeba będzie długo czekać, ale zapobiegawczo napiszę – chcę więcej!

A, i tak przy okazji, gdyby ktoś potrzebował nagłego i wartościowego kontaktu z ambientem – polecam esej Lawrence Englisha dotyczący genezy, rozwoju i przyszłości takiej stylistyki. Dziecku Briana Eno stuka w tym roku czterdziestka, więc okazja do poszerzenia swojej wiedzy nadarza się znakomita.

RHYE – Blood

Rhye

Wokalista Mike Milosh na swoim drugim krążku nagranym jako RHYE nie zbacza z kursu, jaki obrał przy tworzeniu debiutanckiego „Woman”. „Blood” to zatem kolejna ociekająca sensualnością płyta, na której niezwykle charakterystyczny, przywołujący skojarzenia z SADE głos Kanadyjczyka zlewa się z dopracowanym (dobry miks!), ale uładzonym instrumentarium. Słuchacze nie znajdą tu wiele niespodzianek  – jeśli perkusja, to wytłumiona, klawisze Rhodes – miękko brzmiące, zalatujące poczynaniami soulowych wykonawców z lat 90., a sekcja smyczkowa – raczej grająca drugie niż pierwsze skrzypce. Nawet okładka stanowi niejako uzupełnienie tego, co widzieliśmy już w 2013 roku. Czy to zarzuty? Nie do końca, bo materiał pozostaje bardzo elegancką i stylową odpowiedzią na to, co obecnie dzieje się na pograniczu alternatywnego R&B i nieco ambitniejszego popu. Pytanie tylko, czy za trzecim razem taka formuła nie straci na oryginalności i nie zostanie niesłusznie zepchnięta do roli elevator music w modnych butikach.

odsłuchane: MaJLo – Over The Woods

Tym razem krócej i treściwiej. Jeśli chcecie przeczytać wszystko, co miałem do powiedzenia – a właściwie napisania – na temat krążka jednego z obiecujących polskich debiutantów – zajrzyjcie tutaj.

Maciej Milewski, trójmiejski singer-songwriter, na swoim debiutanckim krążku Over the Woods bazuje na tym, czego nie ma zbyt dużo we współczesnych brzmieniach – subtelności. Świadomie rezygnuje z podbitych basów i perkusyjnych sekwencji, wybierając stonowane przeszkadzajki oraz cykacze. Wachlarz rozwiązań artysty jest bogaty, lecz jednocześnie nie przytłacza. Gdy pojawiają się zmodulowane sample  (Fake Words), zgrabnie wciskają się w indie-popowe instrumentarium. Still Alive z eskapiczną wymową kryje w sobie strzępy odczytywanej wiadomości, która intryguje, ale nie na tyle, żeby zakłócić odbiór całego utworu. Piosenki wzbogacają przemyślane interludia i zakończenia (moje ulubione z Worry, ma w sobie coś z katharsis serwowanego przez Islandczyków z Sigur Rós). Nie dość, że nadają utworom pożądanej płynności i spójności, to czynią każdy kawałek po części autonomicznym. Właśnie dlatego dziesięciu numerów można bez problemu słuchać jako całość, lecz wyodrębnione – jak choćby pozytywne, oparte na rytmie gitary Another Day – nie tracą nic ze swojej unikalnej atmosfery. To dobry i paradoksalnie coraz rzadszy krok ze strony młodych wykonawców, którzy zapominają, że usilne próby uczynienia longplaya konceptualnym mogą spełznąć na niczym.

dla kogo: fani nieoczywistego zestawienia subtelnej elektroniki i analogicznych instrumentów poczują się usatysfakcjonowani

polecane: playlista na Piano Day

Są dwie rzeczy na P, które darzę wyjątkową sympatią: pizza i pianino. O tej pierwszej przez wzgląd na specyfikę bloga pisać nie będę, jednak o instrumencie Chopina chciałbym co nieco napomknąć. Okazja nadarza się do tego całkiem dogodna – właśnie dziś obchodzimy święto czarnych i białych klawiszy ustanowione przez gościa, który zna się na rzeczy jak mało kto. Zainicjowane przez Nilsa Frahma Piano Day to dobry moment, by przypomnieć sobie, za co kochamy często pomijany instrument.

Starałem się, żeby przygotowana przeze mnie playlista była jak najbardziej przekrojowa. Pianino pojawia się tu zatem we wszystkich możliwych konfiguracjach: to utwory dwudziestowiecznych klasyków (Eric Satie, Philip Glass – celowo pominąłem przedstawicieli muzyki dawniejszej), ale i dzieła nowych potentatów (wspomniany już Frahm, Agnes Obel). Pojawiają się Polacy (Marcin Masecki z fenomenalnym mazurkiem, Leszek Możdżer, Sławek Jaskułke) i zagraniczne postacie (Peter Broderick, Chilly Gonzales), W większości kompozycji instrument wychodzi na pierwszy plan, ale dla części (The Cinematic Orchestra) stanowi zgrabne dopełnienie całości, wisienkę na torcie.

oto Nils Frahm
oto Nils Frahm

Ważną częścią tego zestawu są piosenki artystów, którzy na co dzień nie używają zbyt często pianina. Być może to nadinterpretacja, ale to dla mnie najlepszy dowód na to, że jego brzmienie jest uniwersalne, ponadczasowe, a przede wszystkim przełamuje granice gatunkowe. Aphex Twin albo Tuxedomoon nie zagraliby z taką łatwością na puzonie albo harfie.

Nie siląc się na więcej zawiłych wstępów, bo uciekam do mojej drugiej miłości na P (pizzy, przypominam!), zostawiam 42 utwory scalone w jedną playlistę na Spotify. Jestem ciekaw Waszej opinii – jeśli uważacie, że czegoś zabrakło albo coś znalazło się tutaj bez powodu, napiszcie!

_____

Poznaniacy – Wam z kolei polecam koncert Michała Kmieciaka, który zdaje się być idealną propozycją na świętowanie tego niezwykłego dnia. Miałem okazję usłyszeć tego kompozytora na żywo w Meskalinie i nie ukrywam, że byłem pod wrażeniem lekkości, z jaką gra i improwizuje. Komplement sugerujący, że twórczość danego pianisty pasowałaby jako soundtrack jakiegoś filmu, pewnie słyszeliście już tysiąc razy, ale w wypadku tego artysty nie da się nie powtórzyć tego stwierdzenia po raz tysiąc pierwszy. Jeśli nie zaplanowaliście jeszcze, jak spędzicie dzisiejszy wieczór, warto udać się o godzinie 20-tej do Sceny na Piętrze. Wstęp wolny dodatkowo kusi!

polecane: zwycięzcy Short Waves

Tegoroczna, dziewiąta już edycja poznańskiego festiwalu filmów krótkometrażowych Short Waves już za nami. Cieszy mnie, że impreza stale ewoluuje i nie opiera się wyłącznie na standardowych seansach – wydarzenia towarzyszące zahaczają tematyką o kuchnię, ekonomię czy psychologię. Choć ta formułka trąci o banał, trzeba przyznać, że w ciągu tych kilku marcowych dni każdy pasjonat kina (i nie tylko) mógł znalezć coś dla siebie.

W dzisiejszym poście postanowiłem zawrzeć esencję tego, co na SW okazało się najbardziej interesujące i czym można popisać się przed znajomymi, udając znawcę. Oczywiście można też nie udawać i po prostu obejrzeć nagrodzone w czterech kategoriach produkcje – nie dość, że nie zajmie to dużo czasu, są najzwyczajniej w świecie intrygujące. Jedynym minusem jest mała dostępność poszczególnych tytułów, choć to problem dotyczący nie tylko pozycji z katalogu poznańskiego przedsięwzięcia.

UNXPCTD.MOV / She Whose Blood is Clotting in My Underwear / reż. Vika Kirchenbauer

Unxpctd.mov obejmowało te eksperymenty artystyczne, które zniesmaczeni widzowie zwykli opisywać jako dziwne, osobliwe lub – moje ulubione – rycie mózgu z krańców Internetu. Przy pierwszym obejrzeniu She Whose Blood is Clotting in My Underway w głowie mogą pojawić się podobne epitety, jednak warto oswoić się z formą wideo Niemki i wsiąknąć w jego osobliwy klimat. Trzyminutowy klip stanowi ilustrację do utworu pochodzącego z EP-ki Given Your Convenient Absence – dzieła lokującego się gdzieś pomiędzy awangardową muzyką a performance’em. Gdy w ślad za tak niejednoznaczną, przypominającą atawistyczne rytmy Vessels muzyką idzie zapis stosunku płciowego w podczerwieni, zaczyna robić się jeszcze ciekawiej. Cały projekt Cool For You nie jest prosty do interpretacji, ale może właśnie to jest jego największą zaletą?

UNXPCTD.MOV / Hotaru / reż. William Laboury

Soundtrack Kavinsky’ego do Drive, nurt vaporwave, a wreszcie obsypany nagrodami serial Stranger Things – to wszystko zdaje się krzyczeć wielkimi literami niczym nagłówki Faktu, że fascynacja retro staje się coraz silniejsza. Generator napisów stylizowanych na czołówki oldskulowych programów telewizyjnych albo filtry VHS to tylko wierzchołek góry lodowej. Dobrze, że w zalewie graficznych przeróbek, które niekiedy zakrawają o pastisz, wciąż istnieją artyści doskonale odnajdujący się w takowej konwencji lat 90. i skrupulatnie ją odtwarzający. Williamowi Laboury’emu należało się to specjalne wyróżnienie – otaczając apokaliptyczną historię quasi-futurystyczną skorupką, pokazał, że umie bawić się zarówno formą, jak i treścią. Francuska produkcja nie jest wyzuta z emocji, lecz zaskakująco zgrabnie opowiada perypetie Marty zawieszonej między snem a jawą.

DANCES WITH CAMERA / Through My Street / reż. Piete Baumgartner

Film, który ci dowcipniejsi mogą uznać za nieco barwniejszą reklamę koparek, w znakomity sposób pokazuje piękno ukryte w prozie codzienności. Początkowo zdaje się, że dwójka ludzi się nie zna: on kończy jeść kanapkę, ona śpiewa karaoke na kineskopowym telewizorze. Nie zwracając na siebie uwagi, wychodzą z kanciapy i udają się na plac budowy. Wystarczy jednak, że siądą za sterami urządzeń, a cały seans obraca się o 180 stopni. Niekonwencjonalny układ choreograficzny wykonywany jest na naszych oczach: operatorzy synchronicznie sterują łyżkami i obracają kołami w różnych kierunkach. Tak niekonwencjonalnego podejścia do tańca dawno nie widziałem – jeśli to właśnie tego typu produkcje mają zastąpić oklepane do bólu klipy z grupami nastolatków podrygujących do bumboksów, nie mam nic przeciwko.

KONKURS POLSKI / Nauka (Education) / reż. Emi Buchwald

Lubię filmy, które nie są jednowymiarowe i tendencyjne jak Ukryta prawda albo Dlaczego ja?, tylko umiejętnie żonglują emocjami widza. Do tego typu tytułów z pewnością zalicza się zwycięzca konkursu polskiego, czyli Nauka. Dwudziestominutowa etiuda przedstawia grupę dzieci usilnie uczących się jednego z wierszy Juliana Tuwima. Bogata w detale i przemyślane ujęcia narracja rozgrywa się na kilku płaszczyznach: tu podsłuchujemy rozmowę rodziców interpretujących różne zwrotki, za chwilę słyszymy nerwowe dukanie tekstu. Płynności opowieści nadaje inteligentny montaż oraz solidna dawka humoru – o tyle inteligentnego, że niezobowiązującego. Education można zatem odebrać jako podszytą cynizmem historię, ale Buchwald zostawia otwarte pole do interpretacji. Czapki z głów!

KONKURS POLSKI / Więzi / reż. Zofia Kowalewska

Od Miłości Hanekego i Młodości Sorrentino nie widziałem nic tak barwnie opowiadającego o starości. Produkcja, która zahaczyła o nominację do Oscara, w umiejętny sposób podgląda intymną relację małżeństwa z czterdziestopięcioletnim stażem. Nie ma tu miejsca na sztuczne dialogi czy wyreżyserowane sceny – perypetie dziadków autorki są ciekawe same w sobie. Od Więzi aż bije autentycznymi, szczerymi emocjami – niegasnącymi jeszcze długo po piosence, jaką na końcu śpiewa główna bohaterka.

KONKURS ZAGRANICZNY / Decorado (reż. Alberto Vazquez)

Wydawać by się mogło, że z motywu theatrum mundi nie da się już nic więcej wycisnąć, a tu niespodzianka. Nie dość, że Vazquez śmiało bawi się formą (czarno-białe, krótkie animacje zawsze w cenie!), to równie brawurowo odświeża ograną do granic możliwości koncepcję życia jako przedstawienia. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą zaskakującej, przeplatanej chóralnym wykrzyknieniem Decorado! fabule. Ironiczne, groteskowe epizody, gdzie obecność syreny, masturbującego się ducha czy gadającego grzyba nie jest niczym niezwykłym, co najmniej zaskakują. Film Hiszpana jawi się dzięki nim jako rozpędzony rollercoaster, z którego trudno wysiąść z kamienną twarzą.

obejrzane: Powidoki

recenzja może pojawi się na Filmwebie – obserwujcie na bieżąco!

Ostatni film w karierze Andrzeja Wajdy charakteryzuje to, od czego twórcy obecnie starają się raczej uciekać. Choć pomysł na Powidoki był bardzo dobry, jego wykonanie niesie za sobą poczucie niewykorzystanego potencjału.

Jeszcze przed premierą o biografii Władysława Strzemińskiego było dość głośno. W obliczu tego, jak prężnie rozwinęła się krajowa kinematografia w ubiegłym roku (wystarczy podać przykład Ostatniej rodziny czy Zjednoczonych stanów miłości), wytypowanie do Oscara kolejnego dzieła autora Człowieka z marmuru  stanowiło przedmiot zażartych dyskusji. Polski Instytut Sztuki Filmowej przez wielu został zrównany z ziemią – i dość powiedzieć, że w tej krytyce tkwi odrobina prawdy. Do nominacji Powidoków  raczej przyczyniły się nie kunszt produkcji, a nazwisko jej twórcy.

Jego pomysł na fabułę był strzałem w dziesiątkę. Człowiek wybrany przez Wajdę bez dwóch zdań zasługuje na uwiecznienie w książkach czy na szklanym ekranie. To pionier awangardy w międzywojennej Polsce, twórca jednego z pierwszych europejskich muzeów sztuki nowoczesnej, u kresu swojego życia zdecydowany przeciwnik socrealizmu deprawującego sztukę, a prywatnie dość rozchwiany emocjonalnie partner życiowy Katarzyny Kobro. Perypetiami zawodowymi i prywatnymi Strzemińskiego można by obdzielić niejedną postać. Do tego, malarz doskonale wpisuje się w modny ostatnio nurt kina antysystemowego: po części korespondującego z wciąż żywą ideą prometeizmu, a dodatkowo stanowiącego komentarz do bieżących wydarzeń politycznych. Historia artysty dobrze współgra też z tym, co dotychczas realizował zdobywca Oscara: od powstańczego Kanału, poprzez Człowieka z żelaza, aż po stosunkowo świeżą ekranizację losów Lecha Wałęsy.

wajda

Powidoki z założenia obrały azymut usłany hollywoodzkim, czerwonym dywanem. Opus magnum reżysera, za którym stoi cała grupa uznanych postaci (wystarczy wspomnieć Pawła Edelmana odpowiedzialnego za zdjęcia czy muzykę stosunkowo niedocenianego Andrzeja Panufnika) miał wszelkie papiery nie tylko na to, by stać się blockbusterem. Okazało się jednak zgoła inaczej – film nie jest zły, ale emanuje od niego łopatologiczną, zbyt czarno-białą tendencyjnością.

Strzemiński został przedstawiony jako niekwestionowany, wręcz wyidealizowany heros. Sypie sentencjami dotyczącymi teorii widzenia jak z rękawa, odważnie przeciwstawia się przedstawicielom partii, studenci są w niego wpatrzeni jak w obrazek. We wszystkich działaniach pozostaje opanowany, burząc się tylko raz, gdy przez wzgląd na brak legitymacji plastyka nie może zakupić przyborów do malowania. Bogusław Linda dobrze poradził sobie z zagraniem tak jednowymiarowej postaci, starając się wycisnąć z niej jak najwięcej, jednak sztuczność niektórych scen przeważyła jego wysiłki.

Dla kontrastu – przedstawicielki płci pięknej nie poradziły sobie z udźwignięciem swoich ról.  Od młodej Bronisławy Zamachowskiej uosabiającej córkę Strzemińskiego bije niepotrzebną patetycznością. Studentka Hania (tu Zofia Wichłacz, szerszej publiczności znana z Miasta 44)  wypada dość nieprzekonująco, a epizodyczne pojawienie się pretensjonalnej Róży Saltzman (Maria Semiotuk) zostawia niejasne niedopowiedzenie. Nad wszystkimi unosi się zaś duch wspomnianej już Kobro – z przymusu nieukazanej na ekranie, co z jednej strony nadało fabule tajemniczości, a z drugiej najzwyczajniej drażniło.

Szkoda, że film potępiający socrealistyczną propagandę zaczął przypominać ją w stopniu przerysowania. Zero-jedynkowość bohaterów i dość schematyczna dychotomia: artysta-partia nadały produkcji niepotrzebnego monumentalizmu. To, co sprawia, że scenariusz zaczyna przypominać podziurawiony szwajcarski ser, kryje się też w zbędnym nagromadzeniu motywów. Klamra kompozycyjna osadzona w pokoju przesłuchań, dialogi niczym z paradokumentu czy w końcu próba zdefiniowania artystycznych poszukiwań Strzemińskiego zdają się być miejscami wciśnięte na siłę. W tak skondensowanej formie wszystko zlało się w masę, z której trudno wyrzeźbić statuetkę Oscara.

Dlaczego zatem film nie jest zły? Wajdzie mimo wszystko udaje się tchnąć w widza uniwersalne wartości. Przejaskrawiona, komunistyczna diegeza produkcji oddaje to, jakie przeciwności mogą spotkać na swojej drodze niepokorni indywidualiści. W obliczu problemów, przed jakimi staje świat, kluczowe zdaje się też jej przesłanie dotyczące szeroko rozumianej wolności. Brak swobody, jaki zaczyna niekiedy doskwierać artystom, burzy sztukę, która z założenia ma być niczym nieskrępowana.  I choć można było przekazać tę ideę w mniej patetyczny, a zarazem bardziej subtelny sposób, warto zobaczyć ostatnie dzieło mistrza. Koniec końców, za post-romantyczną i przebrzmiałą warstwą artystyczną Powidoków kryje się nie tak oczywiste dla współczesności przesłanie.