obejrzane: Kwiat wiśni i czerwona fasola

Poważnie myli się ten, kto utożsamia kulturę japońską wyłącznie z anime i mangą. Samemu przez dłuższy czas chwytałem się kurczowo tego przeświadczenia, jednak wraz z każdym kolejnym odkryciem od niego odchodziłem. Nie mówię już wyłącznie o licznych zjawiskach – bo chyba je najłatwiej określić – które płynnie wkradły się do świadomości europejskiego odbiorcy. Obok Harukiego Murakamiego, studia Ghibli czy muzycznych ciekawostek niekoniecznie związanych z j-popem stale pojawia się mnóstwo przykładów potwierdzających tezę: Kraj Kwitnącej Wiśni kryje w sobie wciąż niezbadane pokłady filmów, książek czy płyt.

a sweet bean.jpg

Tym razem dowodem okazał się być Kwiat wiśni i czerwona fasola autorstwa Naomi Kawase. Akcja produkcji oscyluje wokół niewielkiego, przytulnego lokalu serwującego dorayaki – tradycyjne wschodnie placuszki z nadzieniem z czerwonej fasoli. Do nieco posępnego Sentaro poszukującego pomocy w kuchni przychodzi starsza kobieta, Tokue, utrzymująca, że mimo schorowanych rąk i podeszłego wieku jest w stanie podołać wyzwaniu. Z początku niechętny mężczyzna przekonuje się do nowej pracowniczki, której pojawienie się w barze odciśnie na niego większy wpływ niż mógłby przypuszczać.

Poważnie myli się ten, kto nazwie ten film kolejną opowieścią łączącą ze sobą filozofię oraz kuchnię. Co prawda A Sweet Bean zalatuje nieco klimatem Jiro śni o sushi, dokumentu o poświęceniu i pasji płynącej z gotowania, jednak jego sedno nie tkwi wyłącznie w obserwacji przyrządzanych dań. Zgadzam się, że pieczołowite mieszanie fasolowej pasty urasta tu do rangi czegoś metafizycznego, prawie transcendentnego. Emerytka żyje w zgodzie z naturą, traktuje każdy kolejny dzień z nabożnym poświęceniem i dostrzega w pracy radość. W fabule nie odnajdziemy jednak niczego pompatycznego, nadętego i zalatującego o coraz szybciej rozprzestrzeniający się coaching.

W Kwiecie wiśni i czerwonej fasoli dużo jest za to spokoju, czasu na złapanie oddechu i refleksji. Ideę powolnego, leniwie sączącego się kina, w którym niewiele się dzieje, odkryłem na nowo po obejrzeniu – swoją drogą, fenomenalnego – Patersona i z przyjemnością mogłem dostrzec ją w dziele Kawase. Autorka w dobry sposób zestawiła ze sobą historię Tokue, kucharza Sentaro i odwiedzającej ich co jakiś czas nastolatki Wakany. Z pozoru ich niepowiązane losy zaczynają układać się w płynną całość, której spoiwem jest naturalna, niczym nieskrępowana chęć wolności. Mężczyzna pragnie wyswobodzić się z więzów spłacania długu, dziewczyna uczy się niejako narzuconej jej samodzielności, a staruszka chce znów poczuć się potrzebna i robić to, na co ma ochotę. W perypetiach tej ostatniej zaskakująco sprawnie umieszczono też wątek społeczny – Takue boryka się z trądem – do 1996 roku traktowanym w Japonii jak tyfus czy inne choroby tropikalne.

Muszę przyznać, że po samym seansie w głowie nie pozostało mi multum przemyśleń. An to nie jest film, który obraca światopogląd do góry nogami, zmieniając świat widza. Esencja jego klasy tkwi w czymś innym – to subtelność i efemeryczność czyni go nieprzeciętnym. Reżyserka perfekcyjnie operuje symboliką, muzyka dobrze współgra z kadrami lub jest niemal niezauważalna, ujęcia są bardzo plastyczne i przemyślane. Apetyt nie tylko na dorayaki, ale przede wszystkim na inne, równie smaczne produkcje azjatyckie, wzrósł.


 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s