Sakrament pod wodą

Testuję eksperymentalną dla mnie formę postów, czyli odrzucam uporządkowane teksty na rzecz luźniejszych dygresji. Czas pokaże, na ile takie rozwiązanie się sprawdzi, ale już teraz czuję, że zupełnie inaczej podejdę do sformułowania tego, co chodzi mi po głowie po zobaczeniu pewnych dwóch filmów. A że Komunia i Deep Love to bynajmniej nie są bezrefleksyjne gnioty, może wyjść całkiem ciekawie.

Po całkiem udanym, ale z ekonomicznego punktu widzenia niekorzystnym flircie z Netflixem i mniej udanym, a równie nieekonomicznym przetestowaniu MUBI postanowiłem sprawdzić, co ciekawego ma w swoim wirtualnym repertuarze HBO Go. Choć nikt nie płaci mi za reklamę (niestety!), muszę przyznać, że to chyba z tym serwisem streamingowym zaprzyjaźnię się na dłużej. O wyborze seriali nie mogę zbyt dużo napisać, bo oglądam je nieczęsto. Co do filmów śmiało mogę zaś stwierdzić, że jest w czym wybierać: arthouse’owe premiery przeplatają się z kinowymi blockbusterami, ckliwe komedie romantyczne stoją obok naszpikowanych efektami specjalnymi thrillerów, bajki dla dzieci konkurują z opowieściami muzycznymi. Całkiem przepastny worek z dobrociami, z którego kilka dni temu wyłuskałem dwa niewidziane jeszcze przeze mnie polskie dokumenty.

Komunia film

Pierwszy z nich, Komunia, czyli reżyserski debiut Anny Zameckiej, dobrze wpisuje się we wciąż popularny trend ukazywania polskiej prowincji taką, jaka właściwie jest: bez niepotrzebnych upiększaczy i makijażu. Lokalność w tego typu filmach nie skupia się w wymuskanych skansenach czy odnowionych za fundusze europejskie starówkach. Kamera sięga w miejsca, które bohaterowie chcieliby raczej ze wstydem ukryć, odsłaniając zalatujące tanim alkoholem sutenery, brudne klatki schodowe i wyzierający zewsząd marazm. WKomunii tę przygnębiającą, statyczną atmosferę wychwycimy w ciasnym, obskurnym wnętrzu starej kamienicy, gdzie mieszka Ola wraz z  ojcem i niepełnosprawnym bratem, ale tu kluczowe są dialogi. Zamecka z niespotykaną na debiutantkę precyzją sięga po dokumentalny oręż, sprawiając, że czujemy, jakbyśmy oglądali strzępki familijnych nagrań, a nie profesjonalny film. Rozmowy towarzyszące formacyjnemu wydarzeniu – tytułowej Pierwszej Komunii – obrane są ze sztuczności i nierzadko brutalnie atakują swoją intymnością. To właśnie dzięki temu starania głównej bohaterki o to, żeby właściwie przygotować Nikodema do ceremonii, okiełznać nieco nierozgarniętego tatę, a w końcu na nowo uformować rozbitą rodzinę, wydają się widzowi tak autentycznie. Z tego samego powodu tak bardzo boli, a jednocześnie daje do myślenia, jak przygnębiający potrafi być stan zawieszenia i utkwienia w miejscu, z którego nie ma zbytnio wyjścia. Antyklerykalny, dodatkowy plus ode mnie Komunia dostaje za – być może niezamierzoną – krytykę przygotowania do chrześcijańskiego sakramentu. Wyuczone na pamięć formułki i niezrozumiały dla chorego chłopca rachunek sumienia punktuje, jak anachroniczny bywa polski Kościół i mechanizmy jego działania.

Deep Love

Nikodem z filmu Zameckiej nie do końca poprawnie posługuje się aparatem mowy – niczym chory na zespół Tourette’a wypowiada losowe słowa poprzecinane nerwowymi tikami. Z podobnym problemem boryka się główny bohater równie poruszającego filmu Jana P. Matuszyńskiego, którego szersza publiczność poznała dzięki hitowej Ostatniej rodzinie. Życie Janusza Solarza dzieli się na dwa okresy. Pierwszy – czas wzmożonej pracy i prowadzenia kursów nurkowania – zniknął bezpowrotnie w jednej chwili. Od momentu udaru były prawnik i ekonomista musiał nauczyć się żyć ze wszystkimi fizycznymi oraz intelektualnymi ograniczeniami. To, co sprawia, że nie poddaje się i dzielnie znosi męczącą rehabilitację czy niemożność wyrażenia tego, co ma na myśli, kryje się w tytule dokumentu. Deep Love rezonuje na kilku płaszczyznach. To przede wszystkim miłość do cierpliwie wysłuchującej go Joanny. Obserwacja tego, w jaki sposób kobieta porozumiewa się z głównym bohaterem, jej troska o każdy jego ruch, a w końcu kontestacja bicia kolejnych, niebezpiecznych rekordów to jeden z najciekawszych, a zarazem nieoczywistych portretów uczuć w polskim filmie. W podobne tony wpadał Maciej Pieprzyca w debiutanckim Chce się żyć, a poza granicami naszego kraju Richarda Glatzera, opowiadając w Motyl / Still Alice o życiu zapadającej na chorobę Alzheimera profesor neurolingwistyki.

W Deep Love pojawia się ważny motyw, który za każdym razem mnie intryguje, a jednocześnie irytuje – bicia rekordów i przełamywania własnych barier fizycznych. Solarz ma świadomość, że zejście pod wodę na głębokość 100 metrów w jego stanie może doprowadzić do tragedii. Wie, że jego partnerka drży o każdy kolejny wypad z akwalungiem, a lekarze przecząco kiwają głową, gdy na tapet pojawia się kwestia wydania stosownych zaświadczeń. Mężczyzna nie potrafi jednak odpuścić i (nierozsądnie? egoistycznie?) prze na coraz to trudniejsze wycieczki. Ten analogiczny do uczuć himalaistów zdobywających ośmiotysięczniki pęd perfekcyjnie nadaje ton precyzyjnie skrojonemu scenariuszowi. Po tym, gdy widzimy, jak olbrzymią satysfakcję daje nurkowi choćby krótkie zejście pod wodę, trudno jednoznacznie wyrokować, czy jego działania są całkowicie irracjonalne. Myśl o tym nieoczywistym dylemacie zostaje w widzu na długo po obejrzeniu filmu  – a to zdaje się  być najlepszą rekomendacją angażującego odbiorcę dokumentu.

Komunia: Anna Zamecka, 2016

Deep Love:  Jan P. Matuszyński, 2014

polecane: zwycięzcy Short Waves

Tegoroczna, dziewiąta już edycja poznańskiego festiwalu filmów krótkometrażowych Short Waves już za nami. Cieszy mnie, że impreza stale ewoluuje i nie opiera się wyłącznie na standardowych seansach – wydarzenia towarzyszące zahaczają tematyką o kuchnię, ekonomię czy psychologię. Choć ta formułka trąci o banał, trzeba przyznać, że w ciągu tych kilku marcowych dni każdy pasjonat kina (i nie tylko) mógł znalezć coś dla siebie.

W dzisiejszym poście postanowiłem zawrzeć esencję tego, co na SW okazało się najbardziej interesujące i czym można popisać się przed znajomymi, udając znawcę. Oczywiście można też nie udawać i po prostu obejrzeć nagrodzone w czterech kategoriach produkcje – nie dość, że nie zajmie to dużo czasu, są najzwyczajniej w świecie intrygujące. Jedynym minusem jest mała dostępność poszczególnych tytułów, choć to problem dotyczący nie tylko pozycji z katalogu poznańskiego przedsięwzięcia.

UNXPCTD.MOV / She Whose Blood is Clotting in My Underwear / reż. Vika Kirchenbauer

Unxpctd.mov obejmowało te eksperymenty artystyczne, które zniesmaczeni widzowie zwykli opisywać jako dziwne, osobliwe lub – moje ulubione – rycie mózgu z krańców Internetu. Przy pierwszym obejrzeniu She Whose Blood is Clotting in My Underway w głowie mogą pojawić się podobne epitety, jednak warto oswoić się z formą wideo Niemki i wsiąknąć w jego osobliwy klimat. Trzyminutowy klip stanowi ilustrację do utworu pochodzącego z EP-ki Given Your Convenient Absence – dzieła lokującego się gdzieś pomiędzy awangardową muzyką a performance’em. Gdy w ślad za tak niejednoznaczną, przypominającą atawistyczne rytmy Vessels muzyką idzie zapis stosunku płciowego w podczerwieni, zaczyna robić się jeszcze ciekawiej. Cały projekt Cool For You nie jest prosty do interpretacji, ale może właśnie to jest jego największą zaletą?

UNXPCTD.MOV / Hotaru / reż. William Laboury

Soundtrack Kavinsky’ego do Drive, nurt vaporwave, a wreszcie obsypany nagrodami serial Stranger Things – to wszystko zdaje się krzyczeć wielkimi literami niczym nagłówki Faktu, że fascynacja retro staje się coraz silniejsza. Generator napisów stylizowanych na czołówki oldskulowych programów telewizyjnych albo filtry VHS to tylko wierzchołek góry lodowej. Dobrze, że w zalewie graficznych przeróbek, które niekiedy zakrawają o pastisz, wciąż istnieją artyści doskonale odnajdujący się w takowej konwencji lat 90. i skrupulatnie ją odtwarzający. Williamowi Laboury’emu należało się to specjalne wyróżnienie – otaczając apokaliptyczną historię quasi-futurystyczną skorupką, pokazał, że umie bawić się zarówno formą, jak i treścią. Francuska produkcja nie jest wyzuta z emocji, lecz zaskakująco zgrabnie opowiada perypetie Marty zawieszonej między snem a jawą.

DANCES WITH CAMERA / Through My Street / reż. Piete Baumgartner

Film, który ci dowcipniejsi mogą uznać za nieco barwniejszą reklamę koparek, w znakomity sposób pokazuje piękno ukryte w prozie codzienności. Początkowo zdaje się, że dwójka ludzi się nie zna: on kończy jeść kanapkę, ona śpiewa karaoke na kineskopowym telewizorze. Nie zwracając na siebie uwagi, wychodzą z kanciapy i udają się na plac budowy. Wystarczy jednak, że siądą za sterami urządzeń, a cały seans obraca się o 180 stopni. Niekonwencjonalny układ choreograficzny wykonywany jest na naszych oczach: operatorzy synchronicznie sterują łyżkami i obracają kołami w różnych kierunkach. Tak niekonwencjonalnego podejścia do tańca dawno nie widziałem – jeśli to właśnie tego typu produkcje mają zastąpić oklepane do bólu klipy z grupami nastolatków podrygujących do bumboksów, nie mam nic przeciwko.

KONKURS POLSKI / Nauka (Education) / reż. Emi Buchwald

Lubię filmy, które nie są jednowymiarowe i tendencyjne jak Ukryta prawda albo Dlaczego ja?, tylko umiejętnie żonglują emocjami widza. Do tego typu tytułów z pewnością zalicza się zwycięzca konkursu polskiego, czyli Nauka. Dwudziestominutowa etiuda przedstawia grupę dzieci usilnie uczących się jednego z wierszy Juliana Tuwima. Bogata w detale i przemyślane ujęcia narracja rozgrywa się na kilku płaszczyznach: tu podsłuchujemy rozmowę rodziców interpretujących różne zwrotki, za chwilę słyszymy nerwowe dukanie tekstu. Płynności opowieści nadaje inteligentny montaż oraz solidna dawka humoru – o tyle inteligentnego, że niezobowiązującego. Education można zatem odebrać jako podszytą cynizmem historię, ale Buchwald zostawia otwarte pole do interpretacji. Czapki z głów!

KONKURS POLSKI / Więzi / reż. Zofia Kowalewska

Od Miłości Hanekego i Młodości Sorrentino nie widziałem nic tak barwnie opowiadającego o starości. Produkcja, która zahaczyła o nominację do Oscara, w umiejętny sposób podgląda intymną relację małżeństwa z czterdziestopięcioletnim stażem. Nie ma tu miejsca na sztuczne dialogi czy wyreżyserowane sceny – perypetie dziadków autorki są ciekawe same w sobie. Od Więzi aż bije autentycznymi, szczerymi emocjami – niegasnącymi jeszcze długo po piosence, jaką na końcu śpiewa główna bohaterka.

KONKURS ZAGRANICZNY / Decorado (reż. Alberto Vazquez)

Wydawać by się mogło, że z motywu theatrum mundi nie da się już nic więcej wycisnąć, a tu niespodzianka. Nie dość, że Vazquez śmiało bawi się formą (czarno-białe, krótkie animacje zawsze w cenie!), to równie brawurowo odświeża ograną do granic możliwości koncepcję życia jako przedstawienia. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą zaskakującej, przeplatanej chóralnym wykrzyknieniem Decorado! fabule. Ironiczne, groteskowe epizody, gdzie obecność syreny, masturbującego się ducha czy gadającego grzyba nie jest niczym niezwykłym, co najmniej zaskakują. Film Hiszpana jawi się dzięki nim jako rozpędzony rollercoaster, z którego trudno wysiąść z kamienną twarzą.

obejrzane: Powidoki

recenzja może pojawi się na Filmwebie – obserwujcie na bieżąco!

Ostatni film w karierze Andrzeja Wajdy charakteryzuje to, od czego twórcy obecnie starają się raczej uciekać. Choć pomysł na Powidoki był bardzo dobry, jego wykonanie niesie za sobą poczucie niewykorzystanego potencjału.

Jeszcze przed premierą o biografii Władysława Strzemińskiego było dość głośno. W obliczu tego, jak prężnie rozwinęła się krajowa kinematografia w ubiegłym roku (wystarczy podać przykład Ostatniej rodziny czy Zjednoczonych stanów miłości), wytypowanie do Oscara kolejnego dzieła autora Człowieka z marmuru  stanowiło przedmiot zażartych dyskusji. Polski Instytut Sztuki Filmowej przez wielu został zrównany z ziemią – i dość powiedzieć, że w tej krytyce tkwi odrobina prawdy. Do nominacji Powidoków  raczej przyczyniły się nie kunszt produkcji, a nazwisko jej twórcy.

Jego pomysł na fabułę był strzałem w dziesiątkę. Człowiek wybrany przez Wajdę bez dwóch zdań zasługuje na uwiecznienie w książkach czy na szklanym ekranie. To pionier awangardy w międzywojennej Polsce, twórca jednego z pierwszych europejskich muzeów sztuki nowoczesnej, u kresu swojego życia zdecydowany przeciwnik socrealizmu deprawującego sztukę, a prywatnie dość rozchwiany emocjonalnie partner życiowy Katarzyny Kobro. Perypetiami zawodowymi i prywatnymi Strzemińskiego można by obdzielić niejedną postać. Do tego, malarz doskonale wpisuje się w modny ostatnio nurt kina antysystemowego: po części korespondującego z wciąż żywą ideą prometeizmu, a dodatkowo stanowiącego komentarz do bieżących wydarzeń politycznych. Historia artysty dobrze współgra też z tym, co dotychczas realizował zdobywca Oscara: od powstańczego Kanału, poprzez Człowieka z żelaza, aż po stosunkowo świeżą ekranizację losów Lecha Wałęsy.

wajda

Powidoki z założenia obrały azymut usłany hollywoodzkim, czerwonym dywanem. Opus magnum reżysera, za którym stoi cała grupa uznanych postaci (wystarczy wspomnieć Pawła Edelmana odpowiedzialnego za zdjęcia czy muzykę stosunkowo niedocenianego Andrzeja Panufnika) miał wszelkie papiery nie tylko na to, by stać się blockbusterem. Okazało się jednak zgoła inaczej – film nie jest zły, ale emanuje od niego łopatologiczną, zbyt czarno-białą tendencyjnością.

Strzemiński został przedstawiony jako niekwestionowany, wręcz wyidealizowany heros. Sypie sentencjami dotyczącymi teorii widzenia jak z rękawa, odważnie przeciwstawia się przedstawicielom partii, studenci są w niego wpatrzeni jak w obrazek. We wszystkich działaniach pozostaje opanowany, burząc się tylko raz, gdy przez wzgląd na brak legitymacji plastyka nie może zakupić przyborów do malowania. Bogusław Linda dobrze poradził sobie z zagraniem tak jednowymiarowej postaci, starając się wycisnąć z niej jak najwięcej, jednak sztuczność niektórych scen przeważyła jego wysiłki.

Dla kontrastu – przedstawicielki płci pięknej nie poradziły sobie z udźwignięciem swoich ról.  Od młodej Bronisławy Zamachowskiej uosabiającej córkę Strzemińskiego bije niepotrzebną patetycznością. Studentka Hania (tu Zofia Wichłacz, szerszej publiczności znana z Miasta 44)  wypada dość nieprzekonująco, a epizodyczne pojawienie się pretensjonalnej Róży Saltzman (Maria Semiotuk) zostawia niejasne niedopowiedzenie. Nad wszystkimi unosi się zaś duch wspomnianej już Kobro – z przymusu nieukazanej na ekranie, co z jednej strony nadało fabule tajemniczości, a z drugiej najzwyczajniej drażniło.

Szkoda, że film potępiający socrealistyczną propagandę zaczął przypominać ją w stopniu przerysowania. Zero-jedynkowość bohaterów i dość schematyczna dychotomia: artysta-partia nadały produkcji niepotrzebnego monumentalizmu. To, co sprawia, że scenariusz zaczyna przypominać podziurawiony szwajcarski ser, kryje się też w zbędnym nagromadzeniu motywów. Klamra kompozycyjna osadzona w pokoju przesłuchań, dialogi niczym z paradokumentu czy w końcu próba zdefiniowania artystycznych poszukiwań Strzemińskiego zdają się być miejscami wciśnięte na siłę. W tak skondensowanej formie wszystko zlało się w masę, z której trudno wyrzeźbić statuetkę Oscara.

Dlaczego zatem film nie jest zły? Wajdzie mimo wszystko udaje się tchnąć w widza uniwersalne wartości. Przejaskrawiona, komunistyczna diegeza produkcji oddaje to, jakie przeciwności mogą spotkać na swojej drodze niepokorni indywidualiści. W obliczu problemów, przed jakimi staje świat, kluczowe zdaje się też jej przesłanie dotyczące szeroko rozumianej wolności. Brak swobody, jaki zaczyna niekiedy doskwierać artystom, burzy sztukę, która z założenia ma być niczym nieskrępowana.  I choć można było przekazać tę ideę w mniej patetyczny, a zarazem bardziej subtelny sposób, warto zobaczyć ostatnie dzieło mistrza. Koniec końców, za post-romantyczną i przebrzmiałą warstwą artystyczną Powidoków kryje się nie tak oczywiste dla współczesności przesłanie.

obejrzane: Kwiat wiśni i czerwona fasola

Poważnie myli się ten, kto utożsamia kulturę japońską wyłącznie z anime i mangą. Samemu przez dłuższy czas chwytałem się kurczowo tego przeświadczenia, jednak wraz z każdym kolejnym odkryciem od niego odchodziłem. Nie mówię już wyłącznie o licznych zjawiskach – bo chyba je najłatwiej określić – które płynnie wkradły się do świadomości europejskiego odbiorcy. Obok Harukiego Murakamiego, studia Ghibli czy muzycznych ciekawostek niekoniecznie związanych z j-popem stale pojawia się mnóstwo przykładów potwierdzających tezę: Kraj Kwitnącej Wiśni kryje w sobie wciąż niezbadane pokłady filmów, książek czy płyt.

a sweet bean.jpg

Tym razem dowodem okazał się być Kwiat wiśni i czerwona fasola autorstwa Naomi Kawase. Akcja produkcji oscyluje wokół niewielkiego, przytulnego lokalu serwującego dorayaki – tradycyjne wschodnie placuszki z nadzieniem z czerwonej fasoli. Do nieco posępnego Sentaro poszukującego pomocy w kuchni przychodzi starsza kobieta, Tokue, utrzymująca, że mimo schorowanych rąk i podeszłego wieku jest w stanie podołać wyzwaniu. Z początku niechętny mężczyzna przekonuje się do nowej pracowniczki, której pojawienie się w barze odciśnie na niego większy wpływ niż mógłby przypuszczać.

Poważnie myli się ten, kto nazwie ten film kolejną opowieścią łączącą ze sobą filozofię oraz kuchnię. Co prawda A Sweet Bean zalatuje nieco klimatem Jiro śni o sushi, dokumentu o poświęceniu i pasji płynącej z gotowania, jednak jego sedno nie tkwi wyłącznie w obserwacji przyrządzanych dań. Zgadzam się, że pieczołowite mieszanie fasolowej pasty urasta tu do rangi czegoś metafizycznego, prawie transcendentnego. Emerytka żyje w zgodzie z naturą, traktuje każdy kolejny dzień z nabożnym poświęceniem i dostrzega w pracy radość. W fabule nie odnajdziemy jednak niczego pompatycznego, nadętego i zalatującego o coraz szybciej rozprzestrzeniający się coaching.

W Kwiecie wiśni i czerwonej fasoli dużo jest za to spokoju, czasu na złapanie oddechu i refleksji. Ideę powolnego, leniwie sączącego się kina, w którym niewiele się dzieje, odkryłem na nowo po obejrzeniu – swoją drogą, fenomenalnego – Patersona i z przyjemnością mogłem dostrzec ją w dziele Kawase. Autorka w dobry sposób zestawiła ze sobą historię Tokue, kucharza Sentaro i odwiedzającej ich co jakiś czas nastolatki Wakany. Z pozoru ich niepowiązane losy zaczynają układać się w płynną całość, której spoiwem jest naturalna, niczym nieskrępowana chęć wolności. Mężczyzna pragnie wyswobodzić się z więzów spłacania długu, dziewczyna uczy się niejako narzuconej jej samodzielności, a staruszka chce znów poczuć się potrzebna i robić to, na co ma ochotę. W perypetiach tej ostatniej zaskakująco sprawnie umieszczono też wątek społeczny – Takue boryka się z trądem – do 1996 roku traktowanym w Japonii jak tyfus czy inne choroby tropikalne.

Muszę przyznać, że po samym seansie w głowie nie pozostało mi multum przemyśleń. An to nie jest film, który obraca światopogląd do góry nogami, zmieniając świat widza. Esencja jego klasy tkwi w czymś innym – to subtelność i efemeryczność czyni go nieprzeciętnym. Reżyserka perfekcyjnie operuje symboliką, muzyka dobrze współgra z kadrami lub jest niemal niezauważalna, ujęcia są bardzo plastyczne i przemyślane. Apetyt nie tylko na dorayaki, ale przede wszystkim na inne, równie smaczne produkcje azjatyckie, wzrósł.


 

Po Ale Kino: te filmy warto zobaczyć

Garść statystyk na sam początek. Ponad 25 tysięcy widzów, 150 filmów, 7 dni pełnych niezapomnianych wrażeń. Międzynarodowy Festiwal Filmów Młodego Widza Ale Kino w ciągu trzydziestu czterech lat swojej działalności rozrósł się do całkiem pokaźnych rozmiarów. To już właściwie największe tego typu przedsięwzięcie w Polsce, gdzie w salach kinowych wspólnie siedzą nauczyciele, animatorzy kultury, dziennikarze oraz ci, którym dedykowane są pochodzące z całego świata produkcje – dzieci.

ale-kino

Impreza wpisana na stałe w kulturalny kalendarz Poznania i tym razem nie mogła przejść niezauważona. W centrum miasta zawieszono czerwone flagi przypominające o seansach, citylighty na przystankach pokryły się kolorowymi, charakterystycznymi (Bękarty jak zawsze zrobiły swoje!) afiszami, a po ulicach zaczęli chodzić nastolatkowie przyodziani w czarne, uszate czapki. O tej atmosferze nie da się nie napisać choć kilku słów, tych tytułów nie da się pominąć i nie zrecenzować. Przed Wami pozycje z festiwalowego katalogu, które powinniście zobaczyć jak najszybciej!

Połowa / reż. Çağil Nurhak Aydoğdu

Orientalna kultura krajów Bliskiego Wschodu ma w sobie coś ambiwalentnego. Z jednej strony znudziły mi się klimaty Wspaniałego stulecia i DJ sety Omara Souleymana, z drugiej tradycje Turków, Irakijczyków czy Irańczyków są tak odmienne od europejskich obyczajów, że raz za razem przyciągają swoją egzotyką oraz unikalnością.

W przypadku Połowy ciekawość tego, jak został przedstawiony problem aranżowanych małżeństw, przeważyła. Historia piętnastoletniej Fidan na pierwszy rzut oka jest przedstawiona bardzo prostolinijnie, jednak z upływem kolejnych minut wciąga na dobre. Wielopłaszczyznowe zagadnienie zostało ukazane w niebanalny, lecz wciąż przystępny nawet dla młodszych widzów sposób. Smaczki kulturowe łączą się tu z przemyślaną impresją dotyczącą seksualności, a tematyka samotności smacznie współgra z nienachalnie serwowanym humorem.

Girl Asleep / reż. Rosemary Myers

Gdyby udało się pociągnąć tę zabawę formą w stylu Wesa Andersona do samego końca, otrzymalibyśmy barwny, pasjonujący obraz przedstawiający dojrzewanie w nieco odmienny i mniej zdemonizowany sposób. Od połowy filmu fabuła nie płynie jednak równolegle ze scenografią, dlatego Girl Asleep nie można bez wahania przyznać dziesięć gwiazdek. Tak czy inaczej, opowieść o przełomowym dla czternastoletniej Grety kryje w sobie wiele atutów i nie są nimi wyłącznie walory wizualne.

Urban Hymn / reż. Michael Caton-Jones

Michael Caton-Jones, który w zestawieniu gości tegorocznego Ale Kino obok Rocka Demersa był chyba najbardziej doświadczonym twórcą filmowym, zaserwował poznaniakom dość przewidywalną, ale ciepłą historię o poszukiwaniu nadziei w nawet najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Urban Hymn trąci momentami coachingowym W pogoni za szczęściem, a czasami przypomina konwencją Roberta Zemeckisa (Forrest Gump), jednak wciąż nie jest przebrzmiałe i wciąga widza na dobre. W produkcji, która otrzymała od organizatorów nagrodę publiczności, uwagę zwraca muzyka: stanowiąca zarówno odrębną całość, jak i element wkradający się pomiędzy losy głównej bohaterki.

Alias Maria / reż. José Luis Rugeles

Sympatyczny Kolumbijczyk, który przebijał się gdzieś między kulisami tegorocznego festiwalu, okazał się czarnym koniem pokazów konkursowych. Rugelesowi udało stworzyć się całkiem naturalistyczną (momentami nawet brutalistyczną), przepełnioną niepokojem strachem i niepokojem opowieść o wojnie brzemiennej w skutkach. Nie jest to jednak kolejna seria batalistycznych ujęć z pola bitwy, a zakończona sukcesem próba pokazania, że podczas konfliktów zbrojnych sporo tracą nie tylko ci walczący. Trzynastoletnia żołnierka z partyzantki staje się everymanem wszystkich, którzy nie mają jeszcze zbyt wiele do powiedzenia, a zostają brutalnie wciągnięci w wir militarnych zdarzeń.


obejrzane: Ja, Daniel Blake

(Najprawdopodobniej) ostatnie dzieło w dorobku leciwego Kena Loacha nie jest jego opus magnum, jednak wciąż pozostaje intrygującym punktem wyjścia do dyskusji nad często pomijanym tematem.

Definicja kina społecznie zaangażowanego jest dla mnie dość nieścisła. Nie ustalono bowiem nawet umownej granicy pomiędzy impresją reżysera na temat otaczającej nas rzeczywistości a jawną próbą ingerowania w sprawy społeczne. Od tego drugiego niedaleko też do manipulacji bądź propagandy, dlatego grunt staje się jeszcze bardziej grząski. Nie zmniejsza to jednak zainteresowania pewnymi tytułami: wręcz przeciwnie, zaostrza apetyt widza na poznanie historii i wyrobienie sobie własnego zdania. To ostatnie jest chyba najistotniejsze – zobrazowanie jakiegoś problemu bywa kluczowe w zrozumieniu i jego dalszej interpretacji.

Takie cele przyświecały przez całą karierę Kenowi Loachowi – jednemu z najwybitniejszych brytyjskich twórców. Zaczął od skomentowania wyspiarskiego prowincjonalizmu w Kesie, zahaczył o powojenny podział Niemiec w Ojczyźnie, a w końcu nagrał nagrodzony Złotą Palmą Wiatr buszujący w jęczmieniu dotyczący irlandzkiej wojny o niepodległość. Jego trzydziesty pierwszy (!) film, czyli Ja, Daniel Blake, dotyka z kolei kwestii nieco pomijanej, a wciąż szalenie istotnej – niesprawiedliwości systemu przyznawania zasiłków.

i-daniel

Historia jest bardzo przystępna: ba, śmiem zaryzykować, że wręcz skrojona na Oscary. Już w pierwszych minutach filmu zaczynamy lubić głównego, tytułowego bohatera (w tej roli Dave Johns). Starszy mężczyzna staje oko w oko z bezlitosną, bezwzględną machiną urzędniczą. Wygrywasz – otrzymujesz zasiłek i masz kilka miesięcy spokoju. Przegrywasz – zostajesz bez środków do życia. Nasza postać musi stawić czoła niepowodzeniu – niestety, jego parametry zdrowotne nie zaklasyfikowały go do otrzymania pieniędzy. W jego chcąc nie chcąc heroicznej walce wspiera go nowo poznana przyjaciółka – matka uroczej dziewczynki, Katie.

Wszystko byłoby idealnie. Naprawdę, produkcja została stworzona z imponującą dbałością o detale na pierwszy rzut oka niewidoczne. Muzyka skomponowana przez George’a Fentona doskonale współgra z poszczególnymi scenami, a zdjęcia i scenografia nadają seansowi płynności. Jest jednak jeden problem, który zauważyłem już we wcześniejszych propozycjach zaserwowanych przez Loacha – prostolinijność. Wgryzienie się w temat nie jest zawsze konieczne, lecz w Ja, Daniel Blake jego brak czyni całą fabułę zbyt zero-jedynkową i – co by nie powiedzieć – naiwną.

Reżyser postawił na wtórność, przenosząc na ekran archetypy znane nam z popkultury już od wielu lat. Johns gra sympatycznego staruszka, wdowca. Pojawia się samotna matka, nieufna mężczyznom po stracie ojca dziecka. Schematyczna jest nawet przemiana bohatera – z indyferentnego obywatela do rozgniewanego kafkowskim klimatem buntownika. Cały ten anturaż jest na swój sposób uroczy i wciągający, jednak przez taką przewidywalność film nie zostaje w pamięci na dłużej. Kinu społecznemu przydaje się element niedopowiedzenia i zagadki, co doskonale pokazał choćby opisywany już tutaj Dług.


obejrzane: Między słowami

Wydawało mi się, że zasada mniej znaczy więcej nie może się w żaden sposób odnosić do kinematografii. Między słowami zmienia nieco mój punkt widzenia.

Ostatnio zauważyłem, że coraz więcej jest wśród nas introwertyków. Mogłoby się wydawać, że w dobie czasów, które niejako wymuszają na nas stałe interakcje z otoczeniem, nie ma miejsca na osobiste refleksje i nie zawsze zdrowe chowanie uczuć. A tu jednak niespodzianka – i nie wiadomo, na ile podyktowana modą, a na ile losową tendencją. Jednego jestem jednak pewien: w chwilach egzystencjalnego zwątpienia, jakie z pewnością przydarzają się każdemu z nas, bardzo pomaga szeroko rozumiana kultura.

Reżyserzy i scenarzyści nie bez powodu lubią temat samotności, poszukiwania własnego miejsca w świecie i alienacji od otoczenia. Motyw stał się o tyle ciekawy, że można rozebrać go na części pierwsze, zestawiając niezrozumienie ze strony społeczeństwa z rozwojem technologicznym (Her), duszą pasjonaty (Ostatnia rodzina) czy zaburzeniami psychicznymi (Rain Man). Każda historia nosi znamiona indywidualnej i możemy się z nią utożsamiać.

lost.jpg

Lost in translation (chyba jednak wolę angielski tytuł, to kolejna wpadka ze strony polskich tłumaczy) przełamuje nieco ten konwencjonalny schemat mówienia o odosobnieniu. Paradoksalnie, nie potrzebuje do tego większej liczby środków artystycznych, a świadomie z nich rezygnuje. Choć z niektórych scen sentymentalizmem bije aż na kilometr, do uzyskania takiego efektu nie potrzeba było ogrodu francuskiego i ckliwej piosenki z Celine Dion na wokalu.

Bohaterowie, czyli niespełniony aktor parający się angażami w reklamach (w tej roli Bill Murray) oraz przeurocza żona zabieganego fotografa (Scarlett Johannson), na pierwszy rzut oka nie mają żadnych kłopotów. Pieniędzy im nie brakuje, oboje znaleźli się w tętniącym życiem Tokio, mają u boku lepsze połówki. Mimo pozornego szczęścia czegoś im jednak brakuje. Czegoś niewytłumaczalnego, co czasami siedzi bardzo głęboko i mimo tego, że nie potrafimy tego jednoznacznie zdefiniować, boli niewspółmiernie mocno.

Film nakręcony przez Sofię Coppolę prezentuje ten całkiem ciekawy problem w dość odmienny sposób. Na uwagę zasługują nie tylko takie rzeczy jak równoległy montaż, umiejętne ruchy kamery czy muzyka (choć Air i Squarepushera w ścieżce dźwiękowej pominąć nie mogę!), ale drobne, w innych produkcjach niezauważalne szczegóły. Tu każda scena ma znaczenie: od interludium eksponującego wdzięki kobiecego ciała aż po Boba siedzącego na końcu w taksówce. Dużo wątków zostało niedopowiedzianych, jednak w tej onirycznej, nieco tajemniczej atmosferze Lost in translation kryje się piękno.

Nie ma co owijać w bawełnę: ten film nie spodoba się każdemu. Nie jest to jednak kwestia niedopracowanej techniki albo luk w scenariuszu. To po prostu jeden z tych tytułów, na który trzeba mieć dzień, nastrój i odpowiednio zaparzoną herbatę. Wtedy wszystko rozkłada się jak na talerzu, a w tym nieco modernistycznym melodramacie odnajdziemy całkiem więcej niż uniwersalną receptę na samotność.


obejrzane: Dług

Tak właściwie to nie wiem, jak zacząć notkę poświęconą temu filmowi. Podobne odczucie miałbym, gdybym zdecydował się na opisanie Placu Zbawiciela innej, utrzymanej w podobnej konwencji produkcji spod ręki Krzysztofa Krauzego. Na szczęście wstęp mam już za sobą, więc z nieco większą swobodą mogę skomentować Dług, który z miejsca znalazł się na mojej liście ulubionych polskich tytułów.

Paradoksalnie, decydując się na naturalizm, reżyser może przedobrzyć. Jego starania uczynią historię przesadnie dokumentalizowaną, a suche fakty przysłonią fabułę i emocje bohaterów. Nie wspominam już nawet o hiperbolizowaniu smutku: bywały takie seanse, podczas których dekadencja przygniotła mój entuzjazm, który nie powrócił nawet na długo po wyłączeniu komputera. Z pewną rezerwą podszedłem więc do twórczości Lanthimosa, tak samo początkowo nie mogłem przekonać się do Kieślowskiego. Dwójka panów kreuje jednak dystopijne wizje na tyle umiejętnie i niejednoznacznie, że nie uwalniają u odbiorcy wewnętrznego beksy, a zmuszają do intensywnych rozmyślań.

chyra.jpg

I właśnie taki sam jest Dług – jeden z najgłośniejszych filmów Krauzego, ekscytujący kinomanów o tyle, że powstał na kanwie autentycznych wydarzeń. Historia z pozoru nierzeczywista, ale w takie nieszczęśliwe zbiegi okoliczności można uwierzyć: mamy oto dwójkę przyjaciół marzących o własnej sortowni motorów. Zapach pieniędzy przywiódł ich do starego przyjaciela z liceum – Gerarda Nowaka, który zaskakująco chętnie stara się pomóc bohaterom. W jego nastawieniu kryje się jednak przebiegłość i nie do końca czyste zamiary, o czym przekonujemy się właściwie na każdym kroku.

Produkcji nie ogląda się z zapartym tchem. To nie jest blockbuster z wybuchającymi samochodami czy helikopterami lecącymi nad zniszczonymi miastami. Zaklasyfikować można ją raczej do tej szufladki, gdzie chowają się dzieła przygniatające w fotel, trudne do zero-jedynkowej oceny i analizy. Słowa te nasuwają się na myśl przede wszystkim dzięki prostej, ale skrzętnie zaplanowanej fabule, lecz Dług dostał Złote Lwy czy Orly także za nieczęsto spotykaną w polskim kinie drobiazgowość. Ujęcia Bartosza Prokopowicza – miejscami urwane w połowie, efemeryczne – robią spore wrażenie, upłynniając i tak intensywną akcję. Dużo dobrego dają sami aktorzy (jedna z lepszych ról wyrachowanego Andrzeja Chyry) i crème de la crème, czyli muzyka Michała Urbaniaka. Na ścieżce dźwiękowej sporo jest nierówności, jednak brak jednostajności jest tutaj tylko plusem.

Zakończyć post czymś nieoczywistym – szczególnie o takim filmie –  też nie jest łatwo. Wypada więc mi tylko z czystym sercem polecić wieczór z Robertem Gonerą oraz Jackiem Borcuchem w rolach głównych. To nie tylko opowieść o pieniądzach, oszustwie i intrygach przyprawionych kryminalistyką, ale poruszające studium nieszczęśliwego przypadku, gdy nikt nie chce ci pomóc – jak krzyczy ucięty przeze mnie plakat.

polecam: krytykom chwilówek i niepewnych pożyczek


obejrzana: Śmietanka towarzyska

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że Nowy Jork to mekka muzyków, malarzy, fotografów i wszystkich innych, których można skatalogować jako artystów. Nietrudno więc się domyślić, że także reżyserzy i realizatorzy postanowili uchwycić na taśmie filmowej urok jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc na świecie. Rozpoznawalne sylwetki wieżowców, Central Park czy nawet bardziej obskurne zakątki pojawiają się nie tylko w klasycznych komediach romantycznych – zobaczymy je także w dokumentach, produkcjach katastroficznych czy sensacyjnych.

Jest jeszcze jedna odsłona Wielkiego jabłka – historyczna, osłonięta nostalgią i tęsknotą za minionymi czasami. Boom na odkrywanie kulisów gospodarczego, kulturalnego, a przede wszystkim towarzyskiego życia Amerykanów w dwudziestoleciu międzywojennym rozpoczął się już wcześniej i spotkał się z dużą aprobatą widzów. W Cotton Club, Ojcu chrzestny czy Dawno temu w Ameryce publiczność odnalazła nieco efemeryczną, lecz hipnotyzującą i unikalną atmosferę.

Mimo że zdawać by się mogło, że temat został już wyczerpany, kinematografia nie przestaje flirtować z Nowym Jorkiem, wciąż osadzając fabułę w jego teraźniejszych czy historycznych realiach. Nie ukrywam, że miałem przez to obawy związane z najnowszym filmem Woody’ego Allena. Śmietanka towarzyska powiela wszakże obraz dobrze znanego wszystkim z Wielkiego Gatsby’ego albo najnowszego Geniusza miasta. Dzięki doświadczeniu żydowskiego reżysera produkcja nie jest jednak kalką, a zgrabnym połączeniem istniejących idei z nowymi rozwiązaniami.

kris.jpg

Bohaterem, jak to w przypadku autora Zeliga czy Wszystko gra bywa, jest wrażliwy, nie do końca rozgarnięty romantyk. Bobby przyjeżdża do nowego miasta złakniony przygód, wrażeń i nowej pracy, co ma urzeczywistnić jego bogaty wuj – agent gwiazd filmowych, Phil. Szybko okazuje się, że nieuporządkowany chłopak wpada w sam środek sieci powiązań, kontaktów i mezaliansów. W światku gwiazd każdy zna każdego, a nawet najmniej interesujące plotki nie przechodzą bez echa. W świetle tych showbiznesowych zawirowań młody chłopak (w tej roli znany z The Social Network Jesse Eisenberg) poznaje dziewczynę.

Choć film trwa niewiele ponad półtorej godziny, Allenowi udało się w dobry sposób przedstawić hollywoodzką, a następnie nowojorską śmietankę towarzyską z lat 30-tych. Największe wrażenie robią pieczołowicie stworzone portrety psychologiczne bohaterów – od zagubionego Bobby’ego, poprzez wyrachowanych bogaczy, aż po interesowne kobiety. Woody gra częściowo stereotypami i to może w pierwszym momencie boleć, ale takimi prawami rządzą się komedie.

Dużym atutem tego filmu okazuje się być humor, choć nie jest on skierowany do wszystkich – nawet nie dlatego, że ocieka inteligencją albo mierzy w hermetycznie zamkniętą grupę odbiorców. To po prostu charakterystyczny, nieco ironiczny i barwny styl reżysera. W ostatnich produkcjach staje się on nieco uniwersalny: mimo że akcja nawiązuje do wydarzeń dziejących się w przeszłości, klasyczne gagi bawiły nie tylko emerytów siedzących na sali.

No i jak to w przypadku starannie zaplanowanych produkcji – plusami okazują się być scenografia oraz zdjęcia przygotowane przez Vittorio Storaro. Jasne, przejrzyste wnętrza utrzymane w ciepłych kolorach, oldschoolowe przejścia czy perfekcyjnie skrojone kostiumy tworzą wokół Śmietanki towarzyskiej intrygujący, bogaty pod względem wizualnym klimat. Puenta nasuwa się jedna –  Allan Stewart Konigsberg nie stworzył nic przełomowego, ale zdecydowanie warto poświęcić trochę czasu na obejrzenie Eisenberga i Kristen Stewart w akcji.


prześwietlony: Yorgos Lanthimos

Ostatnio zastanawiałem się nad tym, jakimi emocjami można określić twórczość niektórych reżyserów. U niektórych odpowiedzi były nadzwyczaj proste – David Lynch to synonim tajemnicy i niepokoju, propozycje Wesa Andersona to pastelowa, beztroska słodycz, a Woody Allen kojarzy mi się z niejednoznaczną miłością i zawoalowanymi intrygami. Przy panu ze zdjęcia powyżej gra zaczyna się jednak komplikować. Niektóre uczucia są naprawdę niedefiniowalne.

Dzieła Yorgosa Lanthimosa nie skłaniają do refleksji, nie poruszają współczesnego widza do zastanowienia się nad problemami współczesnego świata. Odrzućcie frazesy serwowane przez recenzentów i zasmakujcie kina dziwnego. Nieprzewidywalnego, niepokojącego, przesiąkniętego odrealnionym klimatem. Towarzyszyć może strach, obrzydzenie, niezrozumienie, ale Kieł czy Lobster bynajmniej nie odstręczają odbiorców jak horrory klasy B albo seriale paradokumentalne. To melancholijne, często surrealistyczne filmy, których wspólnym mianownikiem jest starannie wykreowana, smutna fabuła.

Kieł (2009)

aaa

Zaryzykuję stwierdzenie, że to dzięki Kłowi o Lanthimosie zaczęto mówić jak o jednym z najważniejszych przedstawicieli greckiej nowej fali. Nie każdemu twórcy udaje się bowiem przedstawić realia psychotycznego, totalitarnego świata w tak abstrakcyjnej, a zarazem hipnotyzującej formie. Pomysł jest z pozoru banalny: rodzice owładnięci żądzą kontroli alienują swoje dzieci, zamykając je w hermetycznie zamkniętym ekosystemie. Granicą enklawy jest wysoki, drewniany płot, jej konstytucją – uproszczony system kar i nagród, językiem – chaotyczna nowomowa. Rodzeństwo dorasta w przeświadczeniu, że cały świat jest pełen niebezpieczeństw, a jedynym ratunkiem od rychłej zagłady jest pozostanie w domu. I wokół tego naiwnego, a jednocześnie przerażającego światopoglądu zbudowana jest cała fabuła produkcji. Niezwykła gra aktorska, wywindowanie ważnych motywów samotności, seksualności i miłości, a także niemała dawka porażającej symboliki czynią ten film szalenie ważnym we współczesnej kinematografii.

polecam: tym, którzy cenią nieoczywisty montaż, skandynawską surowość i nie dziwi ich nazywanie solniczki telefonem

Alpy (2011)

alps

Po Kle Lanthimos nie zwalnia i atakuje kolejnym trudnym tematem. Tam była to toksyczna miłość rodziców i próba odszukania siebie, w Alpach na pierwszy ogień idzie śmierć. A może nie do końca ona sama, ale zagadnienia z nią tożsame: poszukiwanie własnego miejsca, próba oswojenia się ze stratą czy cierpienie w najczystszej postaci. Historia o grupie teatralnej zastępującej zmarłych ma więc pełne podstawy do bycia na pierwszy rzut oka niezrozumiałą. Gdy skupimy się jednak na perypetiach czwórki bohaterów, wszystko zaczyna robić się mniej więcej klarowne. Choć puenta nie czeka za rogiem i prawie do ostatniej minuty jest ukryta za płaszczem metafor, warto poświęcić trochę czasu na jej odkrywanie. Typowy film-podróż, z naturalistycznymi, surowymi ujęciami i patchworkową kompozycją.

polecam: tym, którym wydaje z początku, że wszystko rozumieją, a potem lubią na końcu się zaskoczyć i przyznać do komputera / telewizora: a jednak mnie oszukałeś, reżyserze!

Lobster / Homar (2015)

Lobster

Było piętnowanie ludzi ze względu na wiek, płeć, kolor skóry czy pochodzenie, ale nikt nie podjął się jeszcze aż takiej stygmatyzacji samotności. Lanthimos stał się pionierem w kolejnej kategorii, w mistrzowski sposób opowiadając o losach architekta Davida (Colin Farrell gra tu bardzo dobrze!) uwikłanego w sam środek niesprawiedliwego systemu. Obywateli boli to, że miłość stała się pochodną bezgotówkowej transakcji między ludźmi. Boli sterylność miast, anonimowość, sprawdzanie par przy każdej możliwej okazji, ale najbardziej dostaje się tym, którzy nie znaleźli swojej drugiej połówki. Oddział wytresowanych (bo jak inaczej mówić o zezwierzęconych łowcach?) singli łapie wolnych strzelców i zgarnia nieprzytomnych do hotelu. Tam ofiary mają czterdzieści pięć dni na odszukanie idealnego partnera – w przeciwnym wypadku czeka ich inkarnacja. Nieco posępny główny bohater stara się uniknąć klęski, przez co zaczyna na nowo definiować swoje uczucia. Paradoksalnie, największą zaletą Lobstera nie jest jednak jego skrzętnie zarysowana fabuła. Sekret tkwi w smaczkach: oryginalnej muzyce, groteskowym, absurdalnym humorze, a nawet scenografii przypominającej o latach 90-tych. Warto włączyć ten film i utonąć w nim na dobre – jak tytułowy Homar w morzu zwątpień.

polecam: tym, którzy przejedli się 1984 czy Kafką, a jednak dystopijne wizje wciąż siedzą im w głowie