odsłuchane: MaJLo – Over The Woods

Tym razem krócej i treściwiej. Jeśli chcecie przeczytać wszystko, co miałem do powiedzenia – a właściwie napisania – na temat krążka jednego z obiecujących polskich debiutantów – zajrzyjcie tutaj.

Maciej Milewski, trójmiejski singer-songwriter, na swoim debiutanckim krążku Over the Woods bazuje na tym, czego nie ma zbyt dużo we współczesnych brzmieniach – subtelności. Świadomie rezygnuje z podbitych basów i perkusyjnych sekwencji, wybierając stonowane przeszkadzajki oraz cykacze. Wachlarz rozwiązań artysty jest bogaty, lecz jednocześnie nie przytłacza. Gdy pojawiają się zmodulowane sample  (Fake Words), zgrabnie wciskają się w indie-popowe instrumentarium. Still Alive z eskapiczną wymową kryje w sobie strzępy odczytywanej wiadomości, która intryguje, ale nie na tyle, żeby zakłócić odbiór całego utworu. Piosenki wzbogacają przemyślane interludia i zakończenia (moje ulubione z Worry, ma w sobie coś z katharsis serwowanego przez Islandczyków z Sigur Rós). Nie dość, że nadają utworom pożądanej płynności i spójności, to czynią każdy kawałek po części autonomicznym. Właśnie dlatego dziesięciu numerów można bez problemu słuchać jako całość, lecz wyodrębnione – jak choćby pozytywne, oparte na rytmie gitary Another Day – nie tracą nic ze swojej unikalnej atmosfery. To dobry i paradoksalnie coraz rzadszy krok ze strony młodych wykonawców, którzy zapominają, że usilne próby uczynienia longplaya konceptualnym mogą spełznąć na niczym.

dla kogo: fani nieoczywistego zestawienia subtelnej elektroniki i analogicznych instrumentów poczują się usatysfakcjonowani

szybka piątka: najlepsze utwory The XX

W tym tygodniu – jakby na przekór zimie – promotorzy koncertowi częstują kolejną serią ogłoszeń, przenosząc nasze myśli w cieplejsze rejony. Pierwszych artystów zapowiedział mój ulubiony, poznański Spring Break (lista raczej bez rewelacji, choć pojawiają się na niej miłe akcenty w postaci recenzowanych tu Dwóch Pokojów czy Wacława Zimpla), a także Audioriver (tu także raczej nie ma niespodzianek). Do przewidzenia była też wiadomość o zespole, który właśnie zasilił line-up tegorocznego Open’era. Ich trzecia, jeszcze parująca płyta nie pozwala jednak na to, by przejmować się takimi głupstwami jak brak zaskoczenia. The XX po świetnych, jesiennych koncertach wracają do Polski!

the xx.jpeg

Tak jak stało się w przypadku Radiohead, i tym razem postanowiłem przygotować z okazji ujawnienia headlinera szybką piątkę. Ostatnio z racji premiery I See You byłem z kompozycjami Brytyjczyków na bieżąco, dlatego zestawienie moich ulubionych utworów tria jest całkiem świeże. Zapraszam do lektury, słuchania i ewentualnej polemiki w komentarzach!

Intro

Takiego wprowadzenia do reszty materiału inne formacje mogą tylko pozazdrościć. Dwuminutowa, a wciąż hipnotyzująca i wręcz zmuszająca do zapętlenia kompozycja doskonale wprowadza w nastrój, jaki towarzyszy nam przez resztę odsłuchu xx. W basie Olivera Sima, do którego płynnie dochodzi syntezatorowy rytm Jamiego i głos Romy, kryje się coś onirycznego i monumentalnego zarazem. Dostrzegli to nie tylko krytycy czy dziennikarze, ale też producenci filmowi: Intro stanowiło tło reklamy wyborów prezydenckich w Wielkiej Brytanii czy element soundtracku Projectu X.

Heart Skipped a Beat

Ta kompozycja pokazuje jedno – trójka artystów nie bez powodu bywa zestawiana z Lykke Li, The National czy Jamesem Blake’em. Melancholia jest dla The XX tym, czym dla Mandaryny playback. Chociaż na trzech krążkach, które otrzymaliśmy do tej pory od podopiecznych Young Turks, zdarzają się pozytywne momenty, całość jest spowita refleksyjną, niekoniecznie optymistyczną mgiełką. Najczystszą próbką takiej atmosfery zdaje się być Heart Skipped a Beat – już od pierwszych sekund pochłaniające odbiorcę na dobre. Miarowe uderzenia padów przypominające bicie serca w zestawieniu z niegłupim tekstem (Heart skipped a beat / And when I caught it you were out of reach) robią swoje.

Chained

Wielu arystów spotyka syndrom drugiej płyty. Po bardzo dobrym debiucie balonik jest napęczniały do granic możliwości, poprzeczka postawiona za wysoko, przez co wykonawcy są zbyt pewni siebie i w konsekwencji nagrywają słaby materiał. Istniały spore obawy, że londyńska grupa podzieli taki los, jednak Coexist rozwiało wszelkie wątpliwości – Jamie, Romy i Oliver to muzycy nieoglądający się na innych, a przy tym obdarzeni nieprzeciętnym talentem. Na następcy xx każdy kawałek jest bardzo dobry. Do mnie najbardziej przemawia Chained – przepiękna metafora dotycząca miłości i przełamywania w niej barier, a przy okazji doskonały przykład tego, jak powinno nagrywać się indiepopowe numery. A senne, wyważone glissando basu w końcówce utworu – palce lizać.

A Violent Noise

Na temat trzeciej płyty Brytyjczyków szerzej wypowiedziałem się na łamach portalu Brand New Anthem, dlatego wolałbym nie powielać się i – choć to w przypadku tych piosenek trudne – skondensować myśli do minimum. W skrócie: I See You to jeden z najlepszych indietronicowych albumów wydanych w ostatnich latach. Z introwertycznych, debiutantów trio przekształciło się w pewnych, świadomych graczy na rynku światowej alternatywy. Nie dość, że pewniej operują brzmieniem, nie wahają się uzewnętrznić swoich emocji i i wykorzystać do tego różne formy. Na czwartym miejscu zestawienia przykład tej, która swoim tekstem trafiła do mnie najbardziej. Arpeggiowa, sprawnie łącząca ze sobą gitarowe pasaże i elektroniczne pejzaże piosenka to szczere oraz bezkompromisowe studium uczuć kogoś zagubionego. Dla jednych to kontynuacja kawałka Stranger in a Room z solowej płyty Jamiego XX, dla drugich uniwersalna opowieść o wpadnięciu w pułapkę, z której nie tak łatwo się wydostać.

Brave For You

There are things I wish I didn’t know / I try my best to let them go: śpiewa Romy pod koniec utworu Brave For You. Wyjście ze strefy komfortu i próba oswojenia własnych lęków przebija się w warstwie lirycznej I See You przez dłuższy czas, ale dopiero w Brave For You eksploduje paralelnie z muzyką. Drgające, poruszające klawisze dobrze łączą się z leniwie sączącymi się akordami basu, a przede wszystkim współgrają z dość intymnym tekstem. Utwór, który Madley Croft zadedykowała zmarłym rodzicom, ma w sobie coś z kruchości Daughter i pokazuje, że The XX nie jest tak daleko od art rocka, jak myślano.


dobre, polskie: Małgola, No / Dwa Pokoje

recenzje zostały także opublikowane na portalu So!Music

Choć na debiutanckim wydawnictwie projektu Dwa Pokoje znalazły się tylko cztery utwory, to wystarczająco solidna podstawa do tego, by obserwować poczynania pary artystów w przyszłości.

Na sukces EP-ki To już pracowała niemała grupa utalentowanych postaci. Trzon zespołu stanowi Wojtek Oleksiak (Jazzpospolita) wraz ze swoją żoną, Agatą. W nagraniach pomogła utalentowana harfistka, Zuzanna Federowicz, dobrze znany z wytwórni Kayax Atom String Quartet czy gitarzysta Michał Przerwa-Tetmajer. Piosenki zmasterował Marcin Cichy: znany głównie jako połówka jazztronicowego trio Skalpel, ale ostatnio maczający palce przy wydawnictwach LXMP albo Wojtka Mazolewskiego. Takiego kolektywu może pozazdrościć połowa debiutantów na rodzimej scenie alternatywnej.

dwa-pokoje

Efekt synergii tylu artystów okazuje się być bardzo przyjemny dla słuchacza – i co najważniejsze, brzmi autentycznie, będąc pozbawionym wtórności. Po pierwszym odtworzeniu materiału blisko było mi do przyrównania grupy z bodaj najpopularniejszymi przedstawicielami tego typu brzmień w Polsce – Mikromusic. Co prawda Szocińska-Oleksiak ma uderzająco podobny głos do Natalii Grosiak, lecz nie zaburza to odbioru piosenek. Jej miękki, kojący wokal dobrze koresponduje z muzyką kameralną (w tym wypadku bardziej pasuje obcojęzyczny odpowiednik chamber music), nie pozostawiając złudzeń – to ożywcza, nastrojowa dawka dźwięków. Melancholię czuć tu w balladowym, atmosferycznym instrumentarium, jak i w tekstach: prostych, jednak nie o wysmakowane środki chodzi Dwóm Pokojom. W podkreśleniu prozaiczności życia kryje się ich spory atut, który odróżnia duet od pompatycznych kolegów z branży. Dobrze obrazuje to tytułowy singiel, gdzie nieskomplikowana metafora czyni więcej niż przebrzmiałe aluzje. Samo życie.

Plus leci więc w stronę warstwy lirycznej – zaskakująco uniwersalnej i pozwalającej odnaleźć odbiorcy coś dla siebie. To nie teksty są dla mnie największą niespodzianką na To już, a precyzja wykonania piosenek. Debiutujący wykonawcy często chcą jak najszybciej zaprezentować swoje nagrania, przez co zapominają o detalach – a diabeł tkwi w szczegółach. Agata i Wojtek nie popełnili tego błędu, dbając niemal o każdą nutę. Brzmienie Nie Dziś czy Powrotu nie jest płaskie, a płynnie ewoluuje, przywodząc na myśl Ma Fleur The Cinematic Orchestra czy tę bardziej jazzową stronę austriackiej formacji Tosca. Cieszy obecność nadającej rytm perkusyjnej stopy, miło kołyszą pianinowe wstawki czy zahaczające o improwizację outro Wyprawy. Nie mniej warte odnotowania jest pojawienie się wiolonczeli (w tej roli Jerzy Oleksiak) czy subtelnych perkusjonaliów.

Zastanawia mnie, w którą stronę pójdą Dwa Pokoje: czy wybiorą tę bardziej mainstreamową ścieżkę jazzu, skłaniając się w stronę indie-popu, czy zdecydują się na wycieczkę do okolic poezji śpiewanej i mniej konwencjonalnego singer-songwritingu. Jakiekolwiek drzwi wybiorą, pójdę za nimi – po takim debiucie nie można pozostać wobec ich nowości obojętnymi. Trzeba czekać na więcej, a jako przystawkę traktować utwory zamknięte w pięknie wydanym (o, zapomniałem wspomnieć o minimalistycznej, pastelowej okładce!) opakowaniu.


Małgola, No swoim debiutanckim wydawnictwem postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko, udowadniając przy okazji, że wciąż można tworzyć w stylistyce lo-fi z klasą i wdziękiem.

Małgosia Gulczyńska, bo tak naprawdę nazywa się wokalistka, występowała do tej pory w alt-popowym zespole 100% Rabbit. Solowo wystartowała singlem Married Christmas wydanym jeszcze w 2015 roku, jednak to czerwiec był dla niej przełomowy – to właśnie wtedy jej wydawnictwo A/B ujrzało światło dzienne. Pierwsza pozycja w katalogu debiutującej wytwórni Indiana Records jest dobrym startem zarówno dla labelu, jak i samej poznanianki.

Na pierwszy rzut oka to klasyczna, niczym niewyróżniająca się singer-songwriterka. Słyszymy delikatny, stonowany wokal i łagodne instrumentarium kreujące intymną, nieco efemeryczną atmosferę. Najlepiej jednak – jak radzi sama autorka na Facebooku – założyć słuchawki przed świtem i odsłuchać uważniej. Choć w warsztacie piosenkarki pojawiają się jeszcze braki, udało jej się stworzyć wielowątkowy, bogaty stylistycznie, a przede wszystkim wyróżniający się materiał.

malgola-no

Te kompozycje wcale nie są takie oczywiste. Małgola posiada charakterystyczną, przypominającą nieco Angel Olsen albo Sharon van Etten barwę głosu, która już na samym wstępie nie pozwala o niej zapomnieć. Rozpoczęcie albumu intrem a capella w niektórych przypadkach zabrzmiałoby sztucznie – tu zestawienie ze sobą kilku ścieżek wokalnych jest harmonijne i nie przytłacza słuchacza. Dalej jest tylko lepiej: Gulczyńska dobrze sprawdza się w nieskomplikowanym, ale kreującym oryginalną atmosferę instrumentarium. Gdzieniegdzie zahacza o łagodne R&B (aż włączyłem sobie albumy Alicii Keys z czasów, gdy jeszcze nie przebiła się do mainstreamu), ale równie dobrze potrafi tworzyć chwytliwe refreny (The most incredible mess). Nie gubi się też w nieco duszniejszych klimatach, na co najlepszym przykładem jest Hearshake/Handshape. Dźwiękowo to klisza ostatnich dokonań PJ Harvey, wokalnie nasuwa się na myśl wspominana we wcześniejszych recenzjach Charlotte Hatherley.

Warto pochwalić chęci poszukiwań artystki. Właśnie dzięki nim trzynaście  kompozycji nie ciągnie się w nieskończoność, a tworzy różnorodną opowieść. Rozmaite eksperymenty wychodzą bardzo dobrze (zalatujący folkiem Cocorosie klimat Heavens above albo fenomenalne klawisze roztaczające się w I believe you) lub tylko dobrze (czegoś zabrakło mi w perkusyjnym solo Patryka Grymuzy z Roses), jednak żaden z nich nie schodzi poniżej określonego poziomu. Nawet pianinowe interludium – w tym wypadku Won’ t get better splecione z The Third Man – nie jest przebrzmiałe, a stanowi łagodne przejście pomiędzy oddalonymi stylistycznie numerami. Podobnie kwestia ma się z tekstami: nierzadko posępnymi i refleksyjnymi, ale niebanalnymi.

Dobrze wydane (warto zwrócić uwagę na glitchową, psychodeliczną okładkę, kojarzącą mi się trochę z My Girls od Animal Collective), dobrze zaśpiewane i dobrze zaaranżowane – czego chcieć więcej? Małgola, No zadebiutowała bardzo spójnym i przemyślanym krążkiem, pokazując, że nawet w sypialnianych warunkach można tworzyć indie-pop bez kompleksów. Warto przekonać się do A/B, nawet jeśli za pierwszym razem zabrzmi dla Was jak niczym niewyróżniający się muzak.


 

odsłuchane: najlepsze utwory 2016

W notce o najnowszej płycie Anohni wspominałem, że zamierzam uciec od klasycznego zestawienia najlepszych / najbardziej przełomowych / wstaw dowolny przymiotnik gradacyjny / wydawnictw. Zrobiły je za to profesjonalne portale internetowe – jedne lepiej, drugie gorzej (samemu przygotowałem dla Brand New Anthem listę najciekawszych numerów elektronicznych ostatnich dwunastu miesięcy). Potrzeba zebrania tego, co w muzyce 2016 roku cieszyło mnie najbardziej, była jednak zbyt silna. Przedstawiam Wam playlistę z utworami, które gościły w moich słuchawkach najczęściej.

Rozstrzał gatunkowy, jak łatwo zauważyć, jest dość spory: od improwizowanego jazzu, przez electropop, aż po leniwie snujący się ambient. Cieszy mnie fakt, że naturalną koleją rzeczy w składance pojawiło się dużo polskich wykonawców: Wacław Zimpel, Zamilska, ale też przynależąca do mainstreamu Rebeka oraz Reni Jusis.

nn

Warto zwrócić uwagę, że nie wszystkie piosenki pochodzą z wydanych już albumów: wciąż czekamy na debiutancki longplay duetu Coals, I See You od The XX, nowe oblicze Cheta Fakera i propozycję supertria liv. Daje to dużą nadzieję na to, że nadchodzący rok będzie obfitować w równie bogate artystyczne doznania.

Poniżej znajdziecie 52 utwory.

  1. Animal Collective – FloriDada
  2. ANOHNI – 4 Degrees
  3. Aphex Twin – CIRKLON3 [Kolkhoznaya mix]
  4. Aurora – Conqueror
  5. The Avalanches – Colours
  6. BadBadNotGood – Speaking Gently
  7. Ballady i Romanse – Mucha
  8. Biosphere – Sweet Dreams Form a Shade
  9. Bon Iver – 22 (OVER S∞∞N)
  10. Childish Gambino – Boogieman
  11. Christian Löffler – Haul (feat. Mohna)
  12. Coals – RAVE03′ (feat. Bobkovski)
  13. Crystal Castles – Their Kindness is Charade
  14. David Bowie – Lazarus
  15. Devendra Banhart – Saturday Night
  16. DIIV – Under The Sun
  17. DJ Shadow – Bergschrund (feat. Nils Frahm)
  18. Flume – Tiny Cities (feat. Beck)
  19. Huerco S. – Kraanvogel
  20. Jagwar Ma – Colors of Paradise
  21. James Blake – I Need a Forest Fire (feat. Bon Iver)
  22. Jamie Lidell – Walk Right Back
  23. Jean-Michel Jarre – Exit
  24. Julianna Barwick – Nebula
  25. Kaitlyn Aurelia Smith – Envelop
  26. Kaytranada – Bullets (feat. Little Dragon)
  27. Kornél Kovács – Pop
  28. Kristen – TONY
  29. Król – Dla zabawy
  30. Leon Vynehall – Blush
  31. Liima – Amerika
  32. liv – Dream Awake
  33. M83 – Solitude
  34. Mark Pritchard – Beautiful People (feat. Thom Yorke)
  35. Massive Attack – The Spoils (feat. Hope Sandoval)
  36. Max Cooper- Symmetry
  37. Metronomy – Old Skool
  38. Michael Kiwanuka – Love & Hate
  39. Moderat – Fondle
  40. Nick Murphy – Stop Me (Stop You)
  41. PJ Harvey – The Community of Hope
  42. Plaid – Baby Step Giant Step
  43. Radiohead – Burn the Witch
  44. Rebeka – Białe Kwiaty
  45. Reni Jusis – Delta
  46. Rival Consoles – Lone
  47. Rysy – Crystal Love
  48. Tycho – Epoch
  49. Wacław Zimpel – Lines
  50. The XX – On Hold
  51. Youandewan – Our Odyssey
  52. Zamilska – FuckFray

odsłuchane: Masz dość Wham! i Mariah Carey?

Nie jestem zbyt dobry w pisaniu życzeń. Przy opłatku mogę je składać, ale gdy mam przelać potok słów w stylu zdrowia, szczęścia, pomyślności na papier, pojawia się blokada nie do przejścia. Brzmi to dla mnie zbyt sztampowo, pompatycznie i schematycznie.

Same życzenia dla Was – moich Czytelników – będą zatem krótkie i treściwe. Jesteście na blogu poświęconym kulturze, więc chciałbym, żeby nadchodzący rok był dla Was okresem świadomych wyborów. Niech nikt nie narzuca Wam książek do przeczytania, filmów do obejrzenia czy muzyki do przesłuchania. Nie starajcie się kopiować czyjegoś gustu albo sprawdzić jakiś serial tylko dlatego, że wszyscy znajomi już dawno są na dziesiątym sezonie. Grunt, żeby to Wam się podobało, żebyście chcieli podzielić się swoimi refleksjami z innymi, żeby seans albo odsłuch był miło spędzonym czasem, a nie próbą odklepania czegoś, co modne.

mmm

Jednocześnie, co chyba ważne, chciałbym, żebyście znaleźli czas na to, co dla Was istotne. Oczywiście, że na pierwszym miejscu jest zawsze siedzenie pod kocem i śledzenie filmografii ulubionych reżyserów. jednak nie zapomnijcie o odpoczynku czy czasu spędzonego z najbliższymi. O tym się na co dzień nie pamięta, a to co najmniej istotne. (I w tym momencie włączają się melancholijne, świąteczne dzwoneczki).

Przechodzimy do tematu samego postu. O świątecznej muzyce nie będę zbyt wiele pisać, bo jej nie lubię. Last Christmas, All I Want For Christmas is You czy ich polskie odpowiedniki nie są złe, ale gdy pojawiają się w sklepach, radiu czy w telewizji, można na dłuższą metę dostać szału. Już w zeszłym roku postanowiłem zawczasu przygotować receptę na potop tego typu dźwięków, tworząc playlistę z bożonarodzeniowymi utworami osadzonymi w nieco innej stylistyce. Choć z początku mogą odrzucić, bo nie wszystkie są dobrze znane (a przecież najlepiej bawimy się przy tym, co już kojarzymy), one także kryją w sobie ducha choinek, świętego Mikołaja czy prezentów. Nie mając nic więcej do dodania – zapraszam do odsłuchu i żegnam Was klasycznym Merry Christmas!


 

odsłuchane: ANOHNI – Hopelessness

Wielopłaszczyznowy, emocjonalny i koncepcyjny – taki jest najnowszy album ANOHNI, który symbolicznie otwiera podsumowanie moich ulubionych płyt z minionego roku.

Zdecydowałem się na nietworzenie klasycznego rankingu – zrobiły to za mnie bardziej znane, rzetelne, a przede wszystkim patrzące na wydawnictwa pod różnym kątem portale internetowe. Dla numerków i miejsc warto sprawdzić zestawienie Pitchforka, Resident Advisor czy The Quietus – polecam szczególnie to ostatnie, zawierające opisywane przeze mnie albumy z wytwórni Instant Classic. Sam skupiłem się na wyłuskaniu tego, co w moich słuchawkach rozbrzmiewało najczęściej. Dominowała elektronika, przeważali artyści zagraniczni, jednak nie obyło się też bez niespodzianek, o czym nie omieszkam wspomnieć w najbliższych postach.

Na razie cofam się jednak myślami do maja, kiedy to nakładem cenionego labelu Secretly Canadian ukazała się płyta nowego projektu Anohni Hegarty. Założycielka art-popowej grupy Antony and the Johnsons już od dłuższego czasu rozważała przejście na elektroniczną stronę mocy. Plany w końcu urzeczywistniły się: na krążku Hopelessness wokalistka zrywa z kameralnym, onirycznym anturażem i śmiało igra z syntezatorami.

anohni

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zmiana brzmienia. Brytyjka zboczyła ze ścieżki muzyki kameralnej i od razu wypłynęła na głęboką wodę, do współpracy zapraszając postacie o wyrazistym i charakterystycznym stylu. Wśród producentów krążka znalazł się Paul Corley (kooperujący z Benem Frostem), lecz na uwagę zasługuje przede wszystkim obecność Oneohtrix Point Never oraz obcującego z nowoczesnym trapem Hudsona Mohawke. To oni w dużej mierze są odpowiedzialni za futurystyczną, eksperymentalną atmosferę roztaczającą się wokół poszczególnych piosenek. Sporo w nich sampli pojawiających się znikąd, eksplodujących dźwięków oraz konsekwentnie budowanego napięcia. Gdy powstałą mieszankę Angielka uzupełniła jeszcze swoim barwnym, bardzo charakterystycznym głosem, uzyskała osobliwą, ale hipnotyczną i trudną do klasyfikacji warstwę dźwiękową. Ni to rytmy idealne na parkiet, ni to melancholijne, podsycone dystopią numery.

To nie muzyka jest jednak najbardziej kluczowa u ANOHNI. Autorka Drone Bomb Me czy 4 Degrees wyróżnia się na tle pozostałych tegorocznych propozycji odważną próbą nonkonformizmu i manifestacji swoich uczuć. W obliczu tego, przed jakimi licznymi wyzwaniami stoi współczesny świat, próba artystycznego skomentowania zastanej rzeczywistości może zaskakująco szybko stać się pastiszem i trawestacją dobrze znanych nam protest-songów. Dla przykładu: nadmuchany opowieściami o społecznie zaangażowanym krążku balonik unoszący się nad PJ Harvey (The Hope Six Demolition Project) pękł, a kawałki raczej przeszły bez echa. Ten sam efekt mógł spotkać świeże propozycje od Antony, jednak na szczęście stało się inaczej.

Sęk nie tkwi w tematyce podejmowanej przez artystkę. Motywy przebijające się między wersami są raczej powtarzalne i nie rozpalą kontrrewolucji: pojawia się ochrona środowiska, inwazje dronów (swoją drogą, i tak smakuje to lepiej niż Muse albo Fisz Emade śpiewające o tym samym) czy inwigilacja. Dostaje się też Barackowi Obamie czy karze śmierci, co samo w sobie sugeruje niepotrzebną patetyczność i walkę z wiatrakami. Okazuje się jednak, że olbrzymie pokłady emocji, jakie kryje za sobą Antony, czynią te zwrotki autentycznymi i skłaniającymi do myślenia. Globalne i uniwersalne problemy nie zazębiają się z bardziej refleksyjną, osobistą częścią krążka (Why Did You Seperate Me From Earth?, I Don’t Love You Anymore), a zgrabnie uzupełniają się z nimi, tworząc spójną całość. Dla niektórych Hopelessness przez nagromadzenie uczuć może okazać się zbyt pompatyczne czy przytłaczające, ja takie oblicze ANOHNI kupuję. Nie każdemu udaje się zaśpiewać w tak odważny, a przede wszystkim szczery sposób.


 

szybka piątka: najlepsze utwory Radiohead

Następna szybka piątka została stworzona nie bez powodu – i chyba nie muszę tłumaczyć, jakiego. Po ośmiu (!) latach przerwy jeden z najbardziej rozpoznawalnych rockowych zespołów powraca do Polski – pomyślicie. Nieprawda: Radiohead i ich twórczości nie da się ot tak zatrzasnąć w pospiesznie napisanym truizmie. To nie jest zwyczajna grupa, a zjawisko muzyczne, artystyczne, jedyne w swoim rodzaju połączenie niekonwencjonalnych wizji, chwytów marketingowych i uważna obserwacja otaczającej nas rzeczywistości. Każdym kolejnym albumem Thom Yorke i spółka udowadniali, że są jeden krok dalej od kolegów z branży. Nie trzeba chyba więcej udowadniać, że ich obecność na przyszłorocznym Open`erze jest wielkim wydarzeniem i nawet ci, którzy dotychczas nie znali takich wydawnictw jak Kid A albo The Bends, powinni pojawić się 28 czerwca w Gdyni.

radio

Wybranie moich pięciu ulubionych piosenek autorstwa panów z Abingdon traktuję raczej jako zabawę, a nie poważny ranking. Niektóre krążki umieściłbym w tym zestawieniu w całości, ale formuła cyklu skłania mnie do wytypowania tylko tych utworów, które najbardziej zapadły mi w pamięci. Nie przedłużając: zachęcam do odsłuchu i dzielenia się własnymi spostrzeżeniami!

Thinking About You

Istnieje ogromna przepaść gatunkowa pomiędzy debiutanckimi wydawnictwami Radiohead a chociażby progresywnym, wspomnianym już Kid A albo In Rainbows. Pierwsze kawałki nie formacji były zbyt rozbudowane i skłaniały się w stronę klasycznego, gitarowego brit-popu. Z racji tego, że na mojej playliście niezbyt często goszczą kawałki modnych wtedy Talk Talk albo Oasis, longplay, który zainaugurował karierę gwiazd Open’era 2017, nie jest moim ulubionym. Jest jednak na Pablo Honey jeden kawałek, który już od pierwszych akordów Johny’ego Greenwooda obezwładnia mnie szczerością i aż prosi się, by go zapętlać. To Thinking About You – prosta, ale zaskakująco prawdziwa historia o nie do końca odwzajemnionej miłości.

Planet Telex

O Radiohead mówi się z przekąsem, że nigdy nie udało im się nagrać piosenki podnoszącej na duchu. W żadnym momencie nie uznałem tego za ujmę dla muzyków: osobiście nie wyobrażam sobie, żeby Thom Yorke zaczął śpiewać optymistyczne peany na cześć szczenięcej miłości. W serwowaniu wersów o melancholii, bezsilności i – najprościej to powiedzieć – smutku – Brytyjczycy są po prostu niezrównani. To właśnie Planet Telex po raz pierwszy silniej utwierdziło mnie w takim przekonaniu. Rytmiczna perkusja (Phil Selway zrobił swoje!) uzupełniona o instrumentalne intro i przeszywający wokal machinalnie wyśpiewujący Everything is broken tworzy niezwykły, nostalgiczny klimat. Słowem: fenomenalny i zdecydowanie niedoceniany kawałek z płyty The Bends.

No Surprise

Parafrazując tytuł – tu znów nie ma niespodzianek. Wokalista ponownie zatraca się w dojmującym spleenie, po raz kolejny otrzymujemy piękny, nieco oniryczny tekst korespondujący z wewnętrznym cierpieniem. Mogłoby się wydawać, że ta powtarzalność konwencji zacznie męczyć, jednak skwituję krótko – nie w przypadku Radiohead. Powolne, dyktujące tempo perkusjonalia (czy to właśnie nimi nie inspirowało się Lenny Valentino?) czynią z No Surprise niepowtarzalną, hipnotyczną kołysankę.

Everything In Its Right Place

W końcu doszliśmy do mojego ulubionego albumu! Kid A to dla mnie bezsprzecznie jedna z najważniejszych płyt końcówki XX. wieku. Thom Yorke zaczyna eksperymentować z synkretyzmem: sięga po improwizację jazzową, elektronikę, zaczyna bawić się modulacją głosem i samplami. Wszystko to, zestawione z jeszcze bardziej zawiłymi i intrygującymi tekstami, tworzy dzieło niemalże kompletne, a zarazem niepokojące. Nie ukrywam – gdy po raz pierwszy usłyszałem Everything In Its Right Place, trochę się przestraszyłem. W teorii Radiohead śpiewa, że wszystko jest w porządku, w praktyce to tajemnicza opowieść o bipolarnej naturze człowieka.

oo, i jeszcze nieoficjalny teledysk z fragmentami z Lost in Translation, wszystko się łączy!

Lotus Flower

Im bliżej 2016 roku, tym muzyka Radiohead staje się coraz bardziej wielowątkowa. Taką tezę wysnuwam przede wszystkim przez obserwację wszechstronności członków ekipy – i nie piszę wyłącznie o Thomie, który pozwolił sobie na artystyczne skoki w bok z Bjork, Modeselektorem czy Four Tetem. Swoje jednoosobowe przygody miał też na koncie choćby gitarzysta Johnny Greenwood, który podjął się interpretacji kawałków minimalisty Steve’a Reicha albo stworzenia ścieżki dźwiękowej do filmu Norwegian Wood. Wszystkie te solowe poszukiwania w połączeniu z regularnym, wspólnym graniem sprawiły, że brytyjski kwintet w pewnym momencie zaczął deklasować konkurencję. Oszałamiający postęp zaczął się już na Hail To The Thief i In Rainbows, jednak sam chciałbym wyróżnić The King of Limbs z 2011 roku. To na tym krążku znalazła się przepiękna, zahaczająca stylistycznie o downtempo piosenka Lotus Flower. Nieco metafizyczne porównanie relacji międzyludzkich do rozwijającego się kwiatu lotosu mógł zaprezentować tylko jeden zespół.

no i przez ten teledysk Yorke stał się moim ulubionym tancerzem!


prześwietlone: Instant Classic

Instant Classic postanowiło zaserwować nam dwa bardzo spójne, oryginalne, a przede wszystkim przepełnione artystycznym duchem krążki. Tak w sam raz na jesień, którą mamy już w pełni.

Niezależnych wytwórni jest w naszym kraju coraz więcej. Pojawiają się na showcase’ach, organizują wspólne targi, częściej niż kiedykolwiek możemy o nich przeczytać na łamach specjalistycznej prasy. Mur pomiędzy głęboką alternatywą a mainstreamem zaczyna się powoli kruszyć. Uświadamiamy sobie, że to, co na pierwszy rzut oka nie jest zachęcające, potrafi po kilku odsłuchach zachwycić i całkiem niepostrzeżenie znaleźć się w codziennej playliście.

Gdy mowa o rodzimych muzykach, dużym punktem zwrotnym wydaje się być postępująca w niezwykłym tempie kariera Kuby Ziołka. Bydgoski eksperymentator zaczął zapełniać coraz to większe sale koncertowe, wystąpił na zagranicznych festiwalach, a w końcu otrzymał Paszport Polityki i jako Stara Rzeka pojawił się w line-upie tegorocznego Open`era. Jego twórczość – niełatwa, umiejscawiająca się gdzieś pomiędzy folkiem a psychodelią – jest dobrym przykładem na to, że szumnie brzmiący niezal przebija się do świadomości szerszej grupy słuchaczy.

Przed podobną szansą stoją dwie najnowsze propozycje z katalogu wspomnianego już labelu Instant Classic. To potwierdzenie tego, że krakowianie stale podwyższają poprzeczkę swoich wyborów (wcześniej wydali Lotto, Innercity Ensemble czy Jachnę / Buhla / Mazurkiewicza), a jednocześnie kolejne dwa dowody na to, że można niebanalnie, a zarazem przystępnie.

Kristen / LAS

kristen.jpg

Panowie działają ze sobą od szesnastu lat, a na koncie mają już siedem płyt. To chyba wystarczająco dużo, żeby móc odcinać kupony i organizować okolicznościowe trasy sygnowane nieśmiertelnym hasłem the best of. Trio, które w pracach nad krążkiem wsparł grający na syntezatorach Maciej Bączyk, w ogóle nie myśli jednak o zawieszeniu broni. Stale poszerzając swoje horyzonty, poszukują jeszcze konkretniejszego zdefiniowania własnego stylu. Czasami wychodzi to lepiej, czasami gorzej – choćby na The Secret Map zaprezentowanym dwa lata temu, którego nie do końca trawiłem. Do LAS-u nie mam jednak większych zastrzeżeń i Kristen wraca na sam szczyt zestawienia moich ulubionych math-rockowych zespołów.

Co wprawia w taki zachwyt? Przede wszystkim starannie dopieszczony, wymuskany rytm. Kompozycje nie są utrzymane w tym samym tempie (Amra z powtarzalnym gitarowym akordem pachnie niemieckim Neu!, a nieco wolniejsza Wyspa jest bardziej monumentalna), jednak łączy je wspólny, bardzo istotny mianownik. Na płycie nic się nie rozjeżdża. Syntezatory doskonale współgrają z perkusjonaliami (Tony) i field recordingiem, nie przeszkadza nawet melorecytacja z tytułowego numeru.

polecam: tym, którzy szukają czegoś jednostajnego choćby do nauki, ale nie przeszkodzi im, jak w połowie albumu zajmą się tylko słuchaniem

LAM / LAM

lam

W jazzowym środowisku bardzo trudno jest się połapać. Ze względu na niezwykły charakter improwizowanych koncertów często dochodzi do sytuacji, gdy niezwiązani ze sobą muzycy spotykają się na jednej scenie. Co chwila dowiadujemy się o jakimś nowym przedsięwzięciu, które może być jednorazowym wyskokiem, ale ma równie spore szanse stać się zaczątkiem długofalowej, owocnej współpracy.

Wstęp jest nieprzypadkowy: oto na horyzoncie pojawiła się kolejna propozycja dla miłośników improwizowanych, synkretycznych brzmień. Swoje siły połączył pianista Krzysztof Dys, perkusista Hubert Zemler (grający zarówno w alternatywnym Slalomie, jak i u boku Natalii Przybysz) oraz charyzmatyczny Wacław Zimpel. Trudno stwierdzić, kto jest liderem formacji: formalnie jest nim ostatni klarnecista, jednak każdy z instrumentalistów dysponuje tak bogatym doświadczeniem, że trudno dokonywać ich gradacji.

Kooperacja trójki, której na etapie masteringu i produkcji pomógł elektroniczny producent mooryc, musiała skończyć się dobrze. Nie otrzymaliśmy przypadkowego półproduktu, a niemalże pięćdziesięciominutowy, progresywny materiał. Melodie z nietrudnych harmonii przechodzą w polifoniczne, rozbudowane kompozycje, które potrafią wprowadzić w niemały trans.

polecam: nie tylko miłośnikom klasycznego jazzu


odsłuchane: Crystal Castles – Amnesty

Zwolennicy gatunkowego szufladkowania mogą mieć z Crystal Castles niemały problem. Nie jest to klasyczne techno w rytmie stu dwudziestu uderzeń na minutę, kawałkom równie daleko do synthpopu co do electropunku, a w klasyfikacji nie pomagają sami artyści, których image jest co najmniej tajemniczy. Czy należy traktować to za wadę formacji? Zdecydowanie nie – kroczenie własną, pozbawioną schematyczności ścieżką jest asem w rękawie kanadyjskiego duetu. Najnowsza płyta artystów, czyli Amnesty, potwierdza to i zdaje się krzyczeć: patrzcie, gramy inaczej niż wszyscy i wychodzi nam to całkiem dobrze!

Perypetie z poprzednią wokalistką projektu – Alice Glass – sprawiły, że na świeży materiał kryształowych zamków czekałem z pewnym sceptycyzmem. Zastanawiałem się, jak bardzo afera wizerunkowa odbije się na premierowych piosenkach. Choć single zwiastujące wydawnictwo dawały nadzieję na coś ciekawego, nie potrafiłem sobie wyobrazić więcej brudnych beatów bez obecności charakternego, drapieżnego głosu piosenkarki.

crystal castles.jpg

Obawy okazały się być w pełni uzasadnione – bez cienia wątpliwości mogę napisać, że to już nie jest to samo Crystal Castles. Zwaśniona z Ethanem Kathem Kanadyjka nadawała utworom z III albo II tajemnicy i niepokoju zarazem. Jej zastępczyni, którą okazała się być Edith Frances, dysponuje nieco inną manierą. Jazgoty, wrzaski, krzyki i zdigitalizowane słowa wciąż nie są incydentalne, a stanowią trzon albumu, jednak nowa członkini duetu jest nieco bardziej wyważona. Zdaje się, że dopiero wsiąka w introwertyczny, chłodny klimat producenta i próbuje się do niego dostosować.

To nie jest to samo Crystal Castles, ale bynajmniej nie znaczy to, że ich muzyka straciła na jakości. Na piedestał wywindowane zostało same brzmienie –  intrygujące, operujące rozmaitymi środkami. Amnesty aż kipi od dusznych, efemerycznych syntezatorów, przemyślanych sampli (kto doszuka się na krążku odniesień do Beach House?) czy miażdżących refrenów (Their Kindness Is a Charade). Longplay kryje w sobie także dużo transowych, repetytywnych melodii, które mogły uświetnić niejeden rave (Enth albo Concrete). Słowem: przesłuchać i potańczyć warto.

polecam: tym, którzy jesienią mają już dość smutnych singer-songwriterów traktujących o nieszczęśliwej miłości


 

odsłuchane: Swiernalis – Drauma

recenzja ukaże się też na portalu So!Music

Dekadencja, przygnębienie i mnóstwo innych dołujących doznań. Nie jest mi do końca po drodze z taką stylistyką. Tak jak każdy w niektórych momentach odrzucam komedie romantyczne na rzecz depresyjnych filmów, jednak staram się nie otaczać melancholią na co dzień. Biorąc pod uwagę takie nastawienie, debiutancką płytę Swiernalisa powinienem po pierwszym odsłuchu spalić albo przynajmniej zakopać na tęczowym cmentarzu. Stało się jednak całkiem inaczej – reprezentant wytwórni Kayaxu nie pokrzepia co prawda na duchu, ale w jego premierowych piosenkach czuć próbę rozliczenia się z grzechami przeszłości połączoną z nadziejami na przyszłość.

To, co odróżnia mieszkajacego obecnie w Warszawie wokalistę od kolegów z branży, trudno nazwać typową zaletą, jednak właśnie przez prawdziwość smutku dziesięć premierowych piosenek brzmi tak oryginalnie. Nie korzystając z pomocy ghostwriterów mogących zrobić królowę ciemności nawet z Mandaryny, Paweł zawarł na płycie dużo autobiograficznych odniesień. Zabiegi mniej (gry słowne albo subtelności) lub bardziej (bo o kim może być Chłopiec z papierosem?) widoczne budują autentyczność, dzięki czemu krążek staje się koncepcyjną i spójną historią. Warto dodać, że bynajmniej nie taką z typu leniwie się ciągnących: utwory są nierówne i sporo w nich zaskoczeń: nie tylko w warstwie tekstowej.

swienralis

Muzycznie Swiernalis umiejscawia się w nurcie nieco psychodelicznego  singer-songwritingu. Klasyczna gitara wraz z basem uzupełnione są o brzmieniowe niespodzianki: chórki, folkowe przeszkadzajki czy oldschoolowe syntezatory. Gdzieś wkradają się post-rockowe sample (Ptak), w innym momencie na saksofonie przygrywa Zabrocki, a  finalnie tempo osiąga nawet rejestry charakterystyczne dla rock n’ rolla (chyba mój ulubiony kawałek na płycie, czyli ateistyczna L.U.C.A). Mariaż takich rozwiązań nie jest łatwy do opisania jednym gatunkiem, jednak skwitować można krótko – fani mroku Nicka Cave’a i tajemnicy spod rockowego znaku Toma Waitsa będą Draumą zauroczeni. Nie opuszcza mnie też skojarzenie z prekursorami groteski oraz czarnego humoru – The Tiger Lillies. Artysta co prawda nie gra jak londyńczycy na zabawkowych instrumentach, ale bije od niego podobna, nieco teatralizowana poświata. Początkowo do takiej maniery trudno się przyzwyczaić, jednak w konsekwencji autora Sierści łatwiej polubić niż miałkich, indie-popowych grajków.

Meritum nie kryje się jednak w melodiach. Na krążku warto zwrócić uwagę przede wszystkim na lirykę. Wersy bywają kąśliwe, trudne do wyduszenia, nierzadko gorzkie. Jak już wcześniej wspominałem, od piosenkarza bije naturalizmem, który częściowo przemienia się nawet w turpizm. Paweł nie przebiera w półśrodkach, ale dobitnie (i celnie, warto dodać) komentuje otaczającą go rzeczywistość. Rozliczając się z tym, co już przeminęło, wyciąga trafne wnioski (Ewolucja skrzydeł), a między słowami, potyczkami językowymi i licznymi środkami stylistycznymi kryją się jego osobiste refleksje dotyczące fundamentalnych spraw. Sporo tu o kobietach (Dzikie palmy), alkoholu stanowiącym substytut nocnych imprez czy wreszcie odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. Niektóre zwrotki mogą na pierwszy rzut oka wydawać się nieco przebrzmiałe (jak choćby singlowa Sierść), lecz wyśpiewane przez operującego znakomitą dykcją wokalisty nabierają blasku i sekretnej mocy.

Pamiętam, jak kilka miesięcy temu naskrobałem swoją pierwszą recenzję dla portalu Brand New Anthem. Była to notka o albumie grupy Hoszpital (której, notabene, gitarzystą jest od początku roku Swiernalis) i znalazło się w niej takie zdanie: Do eksperymentów na Hororze trzeba się przyzwyczaić: może wystarczyć jeden odsłuch, ja potrzebowałem więcej czasu. Podsumowanie debiutu dwudziestosiedmiolatka mogłoby być kalką tego stwierdzenia. Mało jest takich indywidualności na polskiej scenie alternatywnej, dlatego warto wsłuchać się w Draumę. Materiał być może za pierwszym razem nie będzie zachwycający, ale przy odpowiednim nastroju (bądź trunku) istnieje spora szansa, że stanie się uzależnieniem.