PLAYLISTA – przedwiośnie

bieszczady.png

Wprowadzamy się w wiosnę powoli, bez zbędnego pośpiechu, bo przecież jeszcze zimno. Na mroźną, ale zwiastującą nadchodzące ciepło sobotę przygotowałem dla Was playlistę PRZEDWIOŚNIE. Jedenaście piosenek utrzymanych w klimacie niespiesznej, leniwie płynącej elektroniki. Zestawienie rozpoczyna Four Tet i piosenka z jednej z jego starszych płyt. Potem jest trochę vaporwave’u – Infinity Frequencies, Kobayashi Yamato i Mensa Group International. Przyjemną (mam nadzieję) listę uzupełniłem o podopiecznego wytwórni Ninja Tune – Blockhead,  Arms and Sleepers (niedługo w Polsce, bądźcie czujni!) czy alias Baths – Geotic. Miłego słuchania!

MIN t – Assemblage

min t

Asamblaż albo assemblage: forma artystyczna, będąca odmianą kolażu, według której tworzy się trójwymiarowe kompozycje z przedmiotów gotowych. Wskazówkę, jak warto słuchać debiutanckiej płyty MIN t, dostajemy już w jej tytule. Krążek wydany sumptem wrocławskiego kolektywu regime brigade jest bowiem patchworkiem starannie przemyślanych wersów (za dobre, emocjonalne teksty odpowiadają bliscy wokalistki: Kamil Matyja oraz Patrycja Kubicz), sporej dawki artystycznej wrażliwości i nieprzeciętnej dozy muzycznych niespodzianek. W jedenastu (plus Motion, który jest bonusem) premierowych utworach dzieje się bardzo wiele. Kompozycje spaja co prawda duch elektroniki, poskręcanego neo solu i future funku, ale artystka śmiało – i z powodzeniem – odrzuca gatunkowe konwencje. Eksperymentuje z głosem, przeplatając klasyczny śpiew (Down / On) z rapem (Her Story), co w syntetycznym instrumentarium wypada wyjątkowo przekonująco. Świadomie bawi się zniekształceniami, tworząc coś na wzór wymagającego dla słuchacza, ale wyrazistego mikroklimatu. Do współpracy zaprosiła też gitarzystę i perkusistę – nie dość, że takie instrumentarium wpuszcza do futurystycznej mozaiki nieco powietrza, to nadaje całości organicznego rytmu. Powstały efekt brzmi co najmniej intrygująco: instrumentalne Bad Energy Sunflower z wokalizą zahacza o brudniejsze, psychodeliczne elektro, Mousetrap urzeka synth popowym refrenem, a Part of Me skręca w stronę sensualnego downtempo. Warto posłuchać i podesłać znajomym, bo Martyna Kubicz to wokalistka stanowczo niedoceniana.

A, i jeszcze jedno –  jeśli zostanie Wam garść złotych monet pod koniec miesiąca, stanowczo kupcie Assemblage ze względu na warstwę wizualną wydawnictwa. Pastelowa, abstrakcyjna okładka autorstwa Doroty Kaczmarek i starannie zaprojektowany booklet doskonale uzupełniają się z nowoczesnym, pozbawionym sztampy stylem MIN t.

 

NEW ROME – Inselbergs

Inselbergs

Polski ambient ma się bardzo dobrze, o czym świadczą zeszłoroczne albumy Emitera, Jacaszka czy NEW ROME. Ostatni z nich, czyli Tomasz Bednarczyk, w listopadzie krążkiem Elsewhere (wyd. Requiem Records) zwieńczył swój intrygujący, całkiem immersyjny tryptyk. Producent nie zaprzestaje artystycznych poszukiwań i z początkiem lutego zaprezentował kolejną garść świeżych kompozycji.

EP-ka Inselbergs doskonale wpisuje się w nową falę ambientu: przekraczającego ramy gatunkowe, śmiało wpadającego w synkretyczny flirt z IDM-em, minimalem czy modern classical. Wrocławianin z powodzeniem eksploruje głębię syntezatorów, które uzupełnione o klawiszowe tła nadają muzyce dość kosmicznego, chciałoby się napisać new age’owego charakteru. Choć to tylko trzynaście minut, przy odrobinie skupienia można odpłynąć do alternatywnego świata znajdującego się gdzieś na styku dokonań Loscila, Rival Consoles czy krautrockowych klasyków. Biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką New Rome wydaje kolejne płyty, na kontynuację twardzielców (dosłowne tłumaczenie tytułu) nie trzeba będzie długo czekać, ale zapobiegawczo napiszę – chcę więcej!

A, i tak przy okazji, gdyby ktoś potrzebował nagłego i wartościowego kontaktu z ambientem – polecam esej Lawrence Englisha dotyczący genezy, rozwoju i przyszłości takiej stylistyki. Dziecku Briana Eno stuka w tym roku czterdziestka, więc okazja do poszerzenia swojej wiedzy nadarza się znakomita.

RHYE – Blood

Rhye

Wokalista Mike Milosh na swoim drugim krążku nagranym jako RHYE nie zbacza z kursu, jaki obrał przy tworzeniu debiutanckiego „Woman”. „Blood” to zatem kolejna ociekająca sensualnością płyta, na której niezwykle charakterystyczny, przywołujący skojarzenia z SADE głos Kanadyjczyka zlewa się z dopracowanym (dobry miks!), ale uładzonym instrumentarium. Słuchacze nie znajdą tu wiele niespodzianek  – jeśli perkusja, to wytłumiona, klawisze Rhodes – miękko brzmiące, zalatujące poczynaniami soulowych wykonawców z lat 90., a sekcja smyczkowa – raczej grająca drugie niż pierwsze skrzypce. Nawet okładka stanowi niejako uzupełnienie tego, co widzieliśmy już w 2013 roku. Czy to zarzuty? Nie do końca, bo materiał pozostaje bardzo elegancką i stylową odpowiedzią na to, co obecnie dzieje się na pograniczu alternatywnego R&B i nieco ambitniejszego popu. Pytanie tylko, czy za trzecim razem taka formuła nie straci na oryginalności i nie zostanie niesłusznie zepchnięta do roli elevator music w modnych butikach.