obejrzane: Kwiat wiśni i czerwona fasola

Poważnie myli się ten, kto utożsamia kulturę japońską wyłącznie z anime i mangą. Samemu przez dłuższy czas chwytałem się kurczowo tego przeświadczenia, jednak wraz z każdym kolejnym odkryciem od niego odchodziłem. Nie mówię już wyłącznie o licznych zjawiskach – bo chyba je najłatwiej określić – które płynnie wkradły się do świadomości europejskiego odbiorcy. Obok Harukiego Murakamiego, studia Ghibli czy muzycznych ciekawostek niekoniecznie związanych z j-popem stale pojawia się mnóstwo przykładów potwierdzających tezę: Kraj Kwitnącej Wiśni kryje w sobie wciąż niezbadane pokłady filmów, książek czy płyt.

a sweet bean.jpg

Tym razem dowodem okazał się być Kwiat wiśni i czerwona fasola autorstwa Naomi Kawase. Akcja produkcji oscyluje wokół niewielkiego, przytulnego lokalu serwującego dorayaki – tradycyjne wschodnie placuszki z nadzieniem z czerwonej fasoli. Do nieco posępnego Sentaro poszukującego pomocy w kuchni przychodzi starsza kobieta, Tokue, utrzymująca, że mimo schorowanych rąk i podeszłego wieku jest w stanie podołać wyzwaniu. Z początku niechętny mężczyzna przekonuje się do nowej pracowniczki, której pojawienie się w barze odciśnie na niego większy wpływ niż mógłby przypuszczać.

Poważnie myli się ten, kto nazwie ten film kolejną opowieścią łączącą ze sobą filozofię oraz kuchnię. Co prawda A Sweet Bean zalatuje nieco klimatem Jiro śni o sushi, dokumentu o poświęceniu i pasji płynącej z gotowania, jednak jego sedno nie tkwi wyłącznie w obserwacji przyrządzanych dań. Zgadzam się, że pieczołowite mieszanie fasolowej pasty urasta tu do rangi czegoś metafizycznego, prawie transcendentnego. Emerytka żyje w zgodzie z naturą, traktuje każdy kolejny dzień z nabożnym poświęceniem i dostrzega w pracy radość. W fabule nie odnajdziemy jednak niczego pompatycznego, nadętego i zalatującego o coraz szybciej rozprzestrzeniający się coaching.

W Kwiecie wiśni i czerwonej fasoli dużo jest za to spokoju, czasu na złapanie oddechu i refleksji. Ideę powolnego, leniwie sączącego się kina, w którym niewiele się dzieje, odkryłem na nowo po obejrzeniu – swoją drogą, fenomenalnego – Patersona i z przyjemnością mogłem dostrzec ją w dziele Kawase. Autorka w dobry sposób zestawiła ze sobą historię Tokue, kucharza Sentaro i odwiedzającej ich co jakiś czas nastolatki Wakany. Z pozoru ich niepowiązane losy zaczynają układać się w płynną całość, której spoiwem jest naturalna, niczym nieskrępowana chęć wolności. Mężczyzna pragnie wyswobodzić się z więzów spłacania długu, dziewczyna uczy się niejako narzuconej jej samodzielności, a staruszka chce znów poczuć się potrzebna i robić to, na co ma ochotę. W perypetiach tej ostatniej zaskakująco sprawnie umieszczono też wątek społeczny – Takue boryka się z trądem – do 1996 roku traktowanym w Japonii jak tyfus czy inne choroby tropikalne.

Muszę przyznać, że po samym seansie w głowie nie pozostało mi multum przemyśleń. An to nie jest film, który obraca światopogląd do góry nogami, zmieniając świat widza. Esencja jego klasy tkwi w czymś innym – to subtelność i efemeryczność czyni go nieprzeciętnym. Reżyserka perfekcyjnie operuje symboliką, muzyka dobrze współgra z kadrami lub jest niemal niezauważalna, ujęcia są bardzo plastyczne i przemyślane. Apetyt nie tylko na dorayaki, ale przede wszystkim na inne, równie smaczne produkcje azjatyckie, wzrósł.


 

szybka piątka: najlepsze utwory The XX

W tym tygodniu – jakby na przekór zimie – promotorzy koncertowi częstują kolejną serią ogłoszeń, przenosząc nasze myśli w cieplejsze rejony. Pierwszych artystów zapowiedział mój ulubiony, poznański Spring Break (lista raczej bez rewelacji, choć pojawiają się na niej miłe akcenty w postaci recenzowanych tu Dwóch Pokojów czy Wacława Zimpla), a także Audioriver (tu także raczej nie ma niespodzianek). Do przewidzenia była też wiadomość o zespole, który właśnie zasilił line-up tegorocznego Open’era. Ich trzecia, jeszcze parująca płyta nie pozwala jednak na to, by przejmować się takimi głupstwami jak brak zaskoczenia. The XX po świetnych, jesiennych koncertach wracają do Polski!

the xx.jpeg

Tak jak stało się w przypadku Radiohead, i tym razem postanowiłem przygotować z okazji ujawnienia headlinera szybką piątkę. Ostatnio z racji premiery I See You byłem z kompozycjami Brytyjczyków na bieżąco, dlatego zestawienie moich ulubionych utworów tria jest całkiem świeże. Zapraszam do lektury, słuchania i ewentualnej polemiki w komentarzach!

Intro

Takiego wprowadzenia do reszty materiału inne formacje mogą tylko pozazdrościć. Dwuminutowa, a wciąż hipnotyzująca i wręcz zmuszająca do zapętlenia kompozycja doskonale wprowadza w nastrój, jaki towarzyszy nam przez resztę odsłuchu xx. W basie Olivera Sima, do którego płynnie dochodzi syntezatorowy rytm Jamiego i głos Romy, kryje się coś onirycznego i monumentalnego zarazem. Dostrzegli to nie tylko krytycy czy dziennikarze, ale też producenci filmowi: Intro stanowiło tło reklamy wyborów prezydenckich w Wielkiej Brytanii czy element soundtracku Projectu X.

Heart Skipped a Beat

Ta kompozycja pokazuje jedno – trójka artystów nie bez powodu bywa zestawiana z Lykke Li, The National czy Jamesem Blake’em. Melancholia jest dla The XX tym, czym dla Mandaryny playback. Chociaż na trzech krążkach, które otrzymaliśmy do tej pory od podopiecznych Young Turks, zdarzają się pozytywne momenty, całość jest spowita refleksyjną, niekoniecznie optymistyczną mgiełką. Najczystszą próbką takiej atmosfery zdaje się być Heart Skipped a Beat – już od pierwszych sekund pochłaniające odbiorcę na dobre. Miarowe uderzenia padów przypominające bicie serca w zestawieniu z niegłupim tekstem (Heart skipped a beat / And when I caught it you were out of reach) robią swoje.

Chained

Wielu arystów spotyka syndrom drugiej płyty. Po bardzo dobrym debiucie balonik jest napęczniały do granic możliwości, poprzeczka postawiona za wysoko, przez co wykonawcy są zbyt pewni siebie i w konsekwencji nagrywają słaby materiał. Istniały spore obawy, że londyńska grupa podzieli taki los, jednak Coexist rozwiało wszelkie wątpliwości – Jamie, Romy i Oliver to muzycy nieoglądający się na innych, a przy tym obdarzeni nieprzeciętnym talentem. Na następcy xx każdy kawałek jest bardzo dobry. Do mnie najbardziej przemawia Chained – przepiękna metafora dotycząca miłości i przełamywania w niej barier, a przy okazji doskonały przykład tego, jak powinno nagrywać się indiepopowe numery. A senne, wyważone glissando basu w końcówce utworu – palce lizać.

A Violent Noise

Na temat trzeciej płyty Brytyjczyków szerzej wypowiedziałem się na łamach portalu Brand New Anthem, dlatego wolałbym nie powielać się i – choć to w przypadku tych piosenek trudne – skondensować myśli do minimum. W skrócie: I See You to jeden z najlepszych indietronicowych albumów wydanych w ostatnich latach. Z introwertycznych, debiutantów trio przekształciło się w pewnych, świadomych graczy na rynku światowej alternatywy. Nie dość, że pewniej operują brzmieniem, nie wahają się uzewnętrznić swoich emocji i i wykorzystać do tego różne formy. Na czwartym miejscu zestawienia przykład tej, która swoim tekstem trafiła do mnie najbardziej. Arpeggiowa, sprawnie łącząca ze sobą gitarowe pasaże i elektroniczne pejzaże piosenka to szczere oraz bezkompromisowe studium uczuć kogoś zagubionego. Dla jednych to kontynuacja kawałka Stranger in a Room z solowej płyty Jamiego XX, dla drugich uniwersalna opowieść o wpadnięciu w pułapkę, z której nie tak łatwo się wydostać.

Brave For You

There are things I wish I didn’t know / I try my best to let them go: śpiewa Romy pod koniec utworu Brave For You. Wyjście ze strefy komfortu i próba oswojenia własnych lęków przebija się w warstwie lirycznej I See You przez dłuższy czas, ale dopiero w Brave For You eksploduje paralelnie z muzyką. Drgające, poruszające klawisze dobrze łączą się z leniwie sączącymi się akordami basu, a przede wszystkim współgrają z dość intymnym tekstem. Utwór, który Madley Croft zadedykowała zmarłym rodzicom, ma w sobie coś z kruchości Daughter i pokazuje, że The XX nie jest tak daleko od art rocka, jak myślano.


dobre, polskie: Małgola, No / Dwa Pokoje

recenzje zostały także opublikowane na portalu So!Music

Choć na debiutanckim wydawnictwie projektu Dwa Pokoje znalazły się tylko cztery utwory, to wystarczająco solidna podstawa do tego, by obserwować poczynania pary artystów w przyszłości.

Na sukces EP-ki To już pracowała niemała grupa utalentowanych postaci. Trzon zespołu stanowi Wojtek Oleksiak (Jazzpospolita) wraz ze swoją żoną, Agatą. W nagraniach pomogła utalentowana harfistka, Zuzanna Federowicz, dobrze znany z wytwórni Kayax Atom String Quartet czy gitarzysta Michał Przerwa-Tetmajer. Piosenki zmasterował Marcin Cichy: znany głównie jako połówka jazztronicowego trio Skalpel, ale ostatnio maczający palce przy wydawnictwach LXMP albo Wojtka Mazolewskiego. Takiego kolektywu może pozazdrościć połowa debiutantów na rodzimej scenie alternatywnej.

dwa-pokoje

Efekt synergii tylu artystów okazuje się być bardzo przyjemny dla słuchacza – i co najważniejsze, brzmi autentycznie, będąc pozbawionym wtórności. Po pierwszym odtworzeniu materiału blisko było mi do przyrównania grupy z bodaj najpopularniejszymi przedstawicielami tego typu brzmień w Polsce – Mikromusic. Co prawda Szocińska-Oleksiak ma uderzająco podobny głos do Natalii Grosiak, lecz nie zaburza to odbioru piosenek. Jej miękki, kojący wokal dobrze koresponduje z muzyką kameralną (w tym wypadku bardziej pasuje obcojęzyczny odpowiednik chamber music), nie pozostawiając złudzeń – to ożywcza, nastrojowa dawka dźwięków. Melancholię czuć tu w balladowym, atmosferycznym instrumentarium, jak i w tekstach: prostych, jednak nie o wysmakowane środki chodzi Dwóm Pokojom. W podkreśleniu prozaiczności życia kryje się ich spory atut, który odróżnia duet od pompatycznych kolegów z branży. Dobrze obrazuje to tytułowy singiel, gdzie nieskomplikowana metafora czyni więcej niż przebrzmiałe aluzje. Samo życie.

Plus leci więc w stronę warstwy lirycznej – zaskakująco uniwersalnej i pozwalającej odnaleźć odbiorcy coś dla siebie. To nie teksty są dla mnie największą niespodzianką na To już, a precyzja wykonania piosenek. Debiutujący wykonawcy często chcą jak najszybciej zaprezentować swoje nagrania, przez co zapominają o detalach – a diabeł tkwi w szczegółach. Agata i Wojtek nie popełnili tego błędu, dbając niemal o każdą nutę. Brzmienie Nie Dziś czy Powrotu nie jest płaskie, a płynnie ewoluuje, przywodząc na myśl Ma Fleur The Cinematic Orchestra czy tę bardziej jazzową stronę austriackiej formacji Tosca. Cieszy obecność nadającej rytm perkusyjnej stopy, miło kołyszą pianinowe wstawki czy zahaczające o improwizację outro Wyprawy. Nie mniej warte odnotowania jest pojawienie się wiolonczeli (w tej roli Jerzy Oleksiak) czy subtelnych perkusjonaliów.

Zastanawia mnie, w którą stronę pójdą Dwa Pokoje: czy wybiorą tę bardziej mainstreamową ścieżkę jazzu, skłaniając się w stronę indie-popu, czy zdecydują się na wycieczkę do okolic poezji śpiewanej i mniej konwencjonalnego singer-songwritingu. Jakiekolwiek drzwi wybiorą, pójdę za nimi – po takim debiucie nie można pozostać wobec ich nowości obojętnymi. Trzeba czekać na więcej, a jako przystawkę traktować utwory zamknięte w pięknie wydanym (o, zapomniałem wspomnieć o minimalistycznej, pastelowej okładce!) opakowaniu.


Małgola, No swoim debiutanckim wydawnictwem postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko, udowadniając przy okazji, że wciąż można tworzyć w stylistyce lo-fi z klasą i wdziękiem.

Małgosia Gulczyńska, bo tak naprawdę nazywa się wokalistka, występowała do tej pory w alt-popowym zespole 100% Rabbit. Solowo wystartowała singlem Married Christmas wydanym jeszcze w 2015 roku, jednak to czerwiec był dla niej przełomowy – to właśnie wtedy jej wydawnictwo A/B ujrzało światło dzienne. Pierwsza pozycja w katalogu debiutującej wytwórni Indiana Records jest dobrym startem zarówno dla labelu, jak i samej poznanianki.

Na pierwszy rzut oka to klasyczna, niczym niewyróżniająca się singer-songwriterka. Słyszymy delikatny, stonowany wokal i łagodne instrumentarium kreujące intymną, nieco efemeryczną atmosferę. Najlepiej jednak – jak radzi sama autorka na Facebooku – założyć słuchawki przed świtem i odsłuchać uważniej. Choć w warsztacie piosenkarki pojawiają się jeszcze braki, udało jej się stworzyć wielowątkowy, bogaty stylistycznie, a przede wszystkim wyróżniający się materiał.

malgola-no

Te kompozycje wcale nie są takie oczywiste. Małgola posiada charakterystyczną, przypominającą nieco Angel Olsen albo Sharon van Etten barwę głosu, która już na samym wstępie nie pozwala o niej zapomnieć. Rozpoczęcie albumu intrem a capella w niektórych przypadkach zabrzmiałoby sztucznie – tu zestawienie ze sobą kilku ścieżek wokalnych jest harmonijne i nie przytłacza słuchacza. Dalej jest tylko lepiej: Gulczyńska dobrze sprawdza się w nieskomplikowanym, ale kreującym oryginalną atmosferę instrumentarium. Gdzieniegdzie zahacza o łagodne R&B (aż włączyłem sobie albumy Alicii Keys z czasów, gdy jeszcze nie przebiła się do mainstreamu), ale równie dobrze potrafi tworzyć chwytliwe refreny (The most incredible mess). Nie gubi się też w nieco duszniejszych klimatach, na co najlepszym przykładem jest Hearshake/Handshape. Dźwiękowo to klisza ostatnich dokonań PJ Harvey, wokalnie nasuwa się na myśl wspominana we wcześniejszych recenzjach Charlotte Hatherley.

Warto pochwalić chęci poszukiwań artystki. Właśnie dzięki nim trzynaście  kompozycji nie ciągnie się w nieskończoność, a tworzy różnorodną opowieść. Rozmaite eksperymenty wychodzą bardzo dobrze (zalatujący folkiem Cocorosie klimat Heavens above albo fenomenalne klawisze roztaczające się w I believe you) lub tylko dobrze (czegoś zabrakło mi w perkusyjnym solo Patryka Grymuzy z Roses), jednak żaden z nich nie schodzi poniżej określonego poziomu. Nawet pianinowe interludium – w tym wypadku Won’ t get better splecione z The Third Man – nie jest przebrzmiałe, a stanowi łagodne przejście pomiędzy oddalonymi stylistycznie numerami. Podobnie kwestia ma się z tekstami: nierzadko posępnymi i refleksyjnymi, ale niebanalnymi.

Dobrze wydane (warto zwrócić uwagę na glitchową, psychodeliczną okładkę, kojarzącą mi się trochę z My Girls od Animal Collective), dobrze zaśpiewane i dobrze zaaranżowane – czego chcieć więcej? Małgola, No zadebiutowała bardzo spójnym i przemyślanym krążkiem, pokazując, że nawet w sypialnianych warunkach można tworzyć indie-pop bez kompleksów. Warto przekonać się do A/B, nawet jeśli za pierwszym razem zabrzmi dla Was jak niczym niewyróżniający się muzak.


 

odsłuchane: najlepsze utwory 2016

W notce o najnowszej płycie Anohni wspominałem, że zamierzam uciec od klasycznego zestawienia najlepszych / najbardziej przełomowych / wstaw dowolny przymiotnik gradacyjny / wydawnictw. Zrobiły je za to profesjonalne portale internetowe – jedne lepiej, drugie gorzej (samemu przygotowałem dla Brand New Anthem listę najciekawszych numerów elektronicznych ostatnich dwunastu miesięcy). Potrzeba zebrania tego, co w muzyce 2016 roku cieszyło mnie najbardziej, była jednak zbyt silna. Przedstawiam Wam playlistę z utworami, które gościły w moich słuchawkach najczęściej.

Rozstrzał gatunkowy, jak łatwo zauważyć, jest dość spory: od improwizowanego jazzu, przez electropop, aż po leniwie snujący się ambient. Cieszy mnie fakt, że naturalną koleją rzeczy w składance pojawiło się dużo polskich wykonawców: Wacław Zimpel, Zamilska, ale też przynależąca do mainstreamu Rebeka oraz Reni Jusis.

nn

Warto zwrócić uwagę, że nie wszystkie piosenki pochodzą z wydanych już albumów: wciąż czekamy na debiutancki longplay duetu Coals, I See You od The XX, nowe oblicze Cheta Fakera i propozycję supertria liv. Daje to dużą nadzieję na to, że nadchodzący rok będzie obfitować w równie bogate artystyczne doznania.

Poniżej znajdziecie 52 utwory.

  1. Animal Collective – FloriDada
  2. ANOHNI – 4 Degrees
  3. Aphex Twin – CIRKLON3 [Kolkhoznaya mix]
  4. Aurora – Conqueror
  5. The Avalanches – Colours
  6. BadBadNotGood – Speaking Gently
  7. Ballady i Romanse – Mucha
  8. Biosphere – Sweet Dreams Form a Shade
  9. Bon Iver – 22 (OVER S∞∞N)
  10. Childish Gambino – Boogieman
  11. Christian Löffler – Haul (feat. Mohna)
  12. Coals – RAVE03′ (feat. Bobkovski)
  13. Crystal Castles – Their Kindness is Charade
  14. David Bowie – Lazarus
  15. Devendra Banhart – Saturday Night
  16. DIIV – Under The Sun
  17. DJ Shadow – Bergschrund (feat. Nils Frahm)
  18. Flume – Tiny Cities (feat. Beck)
  19. Huerco S. – Kraanvogel
  20. Jagwar Ma – Colors of Paradise
  21. James Blake – I Need a Forest Fire (feat. Bon Iver)
  22. Jamie Lidell – Walk Right Back
  23. Jean-Michel Jarre – Exit
  24. Julianna Barwick – Nebula
  25. Kaitlyn Aurelia Smith – Envelop
  26. Kaytranada – Bullets (feat. Little Dragon)
  27. Kornél Kovács – Pop
  28. Kristen – TONY
  29. Król – Dla zabawy
  30. Leon Vynehall – Blush
  31. Liima – Amerika
  32. liv – Dream Awake
  33. M83 – Solitude
  34. Mark Pritchard – Beautiful People (feat. Thom Yorke)
  35. Massive Attack – The Spoils (feat. Hope Sandoval)
  36. Max Cooper- Symmetry
  37. Metronomy – Old Skool
  38. Michael Kiwanuka – Love & Hate
  39. Moderat – Fondle
  40. Nick Murphy – Stop Me (Stop You)
  41. PJ Harvey – The Community of Hope
  42. Plaid – Baby Step Giant Step
  43. Radiohead – Burn the Witch
  44. Rebeka – Białe Kwiaty
  45. Reni Jusis – Delta
  46. Rival Consoles – Lone
  47. Rysy – Crystal Love
  48. Tycho – Epoch
  49. Wacław Zimpel – Lines
  50. The XX – On Hold
  51. Youandewan – Our Odyssey
  52. Zamilska – FuckFray

odsłuchane: Masz dość Wham! i Mariah Carey?

Nie jestem zbyt dobry w pisaniu życzeń. Przy opłatku mogę je składać, ale gdy mam przelać potok słów w stylu zdrowia, szczęścia, pomyślności na papier, pojawia się blokada nie do przejścia. Brzmi to dla mnie zbyt sztampowo, pompatycznie i schematycznie.

Same życzenia dla Was – moich Czytelników – będą zatem krótkie i treściwe. Jesteście na blogu poświęconym kulturze, więc chciałbym, żeby nadchodzący rok był dla Was okresem świadomych wyborów. Niech nikt nie narzuca Wam książek do przeczytania, filmów do obejrzenia czy muzyki do przesłuchania. Nie starajcie się kopiować czyjegoś gustu albo sprawdzić jakiś serial tylko dlatego, że wszyscy znajomi już dawno są na dziesiątym sezonie. Grunt, żeby to Wam się podobało, żebyście chcieli podzielić się swoimi refleksjami z innymi, żeby seans albo odsłuch był miło spędzonym czasem, a nie próbą odklepania czegoś, co modne.

mmm

Jednocześnie, co chyba ważne, chciałbym, żebyście znaleźli czas na to, co dla Was istotne. Oczywiście, że na pierwszym miejscu jest zawsze siedzenie pod kocem i śledzenie filmografii ulubionych reżyserów. jednak nie zapomnijcie o odpoczynku czy czasu spędzonego z najbliższymi. O tym się na co dzień nie pamięta, a to co najmniej istotne. (I w tym momencie włączają się melancholijne, świąteczne dzwoneczki).

Przechodzimy do tematu samego postu. O świątecznej muzyce nie będę zbyt wiele pisać, bo jej nie lubię. Last Christmas, All I Want For Christmas is You czy ich polskie odpowiedniki nie są złe, ale gdy pojawiają się w sklepach, radiu czy w telewizji, można na dłuższą metę dostać szału. Już w zeszłym roku postanowiłem zawczasu przygotować receptę na potop tego typu dźwięków, tworząc playlistę z bożonarodzeniowymi utworami osadzonymi w nieco innej stylistyce. Choć z początku mogą odrzucić, bo nie wszystkie są dobrze znane (a przecież najlepiej bawimy się przy tym, co już kojarzymy), one także kryją w sobie ducha choinek, świętego Mikołaja czy prezentów. Nie mając nic więcej do dodania – zapraszam do odsłuchu i żegnam Was klasycznym Merry Christmas!


 

odsłuchane: ANOHNI – Hopelessness

Wielopłaszczyznowy, emocjonalny i koncepcyjny – taki jest najnowszy album ANOHNI, który symbolicznie otwiera podsumowanie moich ulubionych płyt z minionego roku.

Zdecydowałem się na nietworzenie klasycznego rankingu – zrobiły to za mnie bardziej znane, rzetelne, a przede wszystkim patrzące na wydawnictwa pod różnym kątem portale internetowe. Dla numerków i miejsc warto sprawdzić zestawienie Pitchforka, Resident Advisor czy The Quietus – polecam szczególnie to ostatnie, zawierające opisywane przeze mnie albumy z wytwórni Instant Classic. Sam skupiłem się na wyłuskaniu tego, co w moich słuchawkach rozbrzmiewało najczęściej. Dominowała elektronika, przeważali artyści zagraniczni, jednak nie obyło się też bez niespodzianek, o czym nie omieszkam wspomnieć w najbliższych postach.

Na razie cofam się jednak myślami do maja, kiedy to nakładem cenionego labelu Secretly Canadian ukazała się płyta nowego projektu Anohni Hegarty. Założycielka art-popowej grupy Antony and the Johnsons już od dłuższego czasu rozważała przejście na elektroniczną stronę mocy. Plany w końcu urzeczywistniły się: na krążku Hopelessness wokalistka zrywa z kameralnym, onirycznym anturażem i śmiało igra z syntezatorami.

anohni

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zmiana brzmienia. Brytyjka zboczyła ze ścieżki muzyki kameralnej i od razu wypłynęła na głęboką wodę, do współpracy zapraszając postacie o wyrazistym i charakterystycznym stylu. Wśród producentów krążka znalazł się Paul Corley (kooperujący z Benem Frostem), lecz na uwagę zasługuje przede wszystkim obecność Oneohtrix Point Never oraz obcującego z nowoczesnym trapem Hudsona Mohawke. To oni w dużej mierze są odpowiedzialni za futurystyczną, eksperymentalną atmosferę roztaczającą się wokół poszczególnych piosenek. Sporo w nich sampli pojawiających się znikąd, eksplodujących dźwięków oraz konsekwentnie budowanego napięcia. Gdy powstałą mieszankę Angielka uzupełniła jeszcze swoim barwnym, bardzo charakterystycznym głosem, uzyskała osobliwą, ale hipnotyczną i trudną do klasyfikacji warstwę dźwiękową. Ni to rytmy idealne na parkiet, ni to melancholijne, podsycone dystopią numery.

To nie muzyka jest jednak najbardziej kluczowa u ANOHNI. Autorka Drone Bomb Me czy 4 Degrees wyróżnia się na tle pozostałych tegorocznych propozycji odważną próbą nonkonformizmu i manifestacji swoich uczuć. W obliczu tego, przed jakimi licznymi wyzwaniami stoi współczesny świat, próba artystycznego skomentowania zastanej rzeczywistości może zaskakująco szybko stać się pastiszem i trawestacją dobrze znanych nam protest-songów. Dla przykładu: nadmuchany opowieściami o społecznie zaangażowanym krążku balonik unoszący się nad PJ Harvey (The Hope Six Demolition Project) pękł, a kawałki raczej przeszły bez echa. Ten sam efekt mógł spotkać świeże propozycje od Antony, jednak na szczęście stało się inaczej.

Sęk nie tkwi w tematyce podejmowanej przez artystkę. Motywy przebijające się między wersami są raczej powtarzalne i nie rozpalą kontrrewolucji: pojawia się ochrona środowiska, inwazje dronów (swoją drogą, i tak smakuje to lepiej niż Muse albo Fisz Emade śpiewające o tym samym) czy inwigilacja. Dostaje się też Barackowi Obamie czy karze śmierci, co samo w sobie sugeruje niepotrzebną patetyczność i walkę z wiatrakami. Okazuje się jednak, że olbrzymie pokłady emocji, jakie kryje za sobą Antony, czynią te zwrotki autentycznymi i skłaniającymi do myślenia. Globalne i uniwersalne problemy nie zazębiają się z bardziej refleksyjną, osobistą częścią krążka (Why Did You Seperate Me From Earth?, I Don’t Love You Anymore), a zgrabnie uzupełniają się z nimi, tworząc spójną całość. Dla niektórych Hopelessness przez nagromadzenie uczuć może okazać się zbyt pompatyczne czy przytłaczające, ja takie oblicze ANOHNI kupuję. Nie każdemu udaje się zaśpiewać w tak odważny, a przede wszystkim szczery sposób.


 

Po Ale Kino: te filmy warto zobaczyć

Garść statystyk na sam początek. Ponad 25 tysięcy widzów, 150 filmów, 7 dni pełnych niezapomnianych wrażeń. Międzynarodowy Festiwal Filmów Młodego Widza Ale Kino w ciągu trzydziestu czterech lat swojej działalności rozrósł się do całkiem pokaźnych rozmiarów. To już właściwie największe tego typu przedsięwzięcie w Polsce, gdzie w salach kinowych wspólnie siedzą nauczyciele, animatorzy kultury, dziennikarze oraz ci, którym dedykowane są pochodzące z całego świata produkcje – dzieci.

ale-kino

Impreza wpisana na stałe w kulturalny kalendarz Poznania i tym razem nie mogła przejść niezauważona. W centrum miasta zawieszono czerwone flagi przypominające o seansach, citylighty na przystankach pokryły się kolorowymi, charakterystycznymi (Bękarty jak zawsze zrobiły swoje!) afiszami, a po ulicach zaczęli chodzić nastolatkowie przyodziani w czarne, uszate czapki. O tej atmosferze nie da się nie napisać choć kilku słów, tych tytułów nie da się pominąć i nie zrecenzować. Przed Wami pozycje z festiwalowego katalogu, które powinniście zobaczyć jak najszybciej!

Połowa / reż. Çağil Nurhak Aydoğdu

Orientalna kultura krajów Bliskiego Wschodu ma w sobie coś ambiwalentnego. Z jednej strony znudziły mi się klimaty Wspaniałego stulecia i DJ sety Omara Souleymana, z drugiej tradycje Turków, Irakijczyków czy Irańczyków są tak odmienne od europejskich obyczajów, że raz za razem przyciągają swoją egzotyką oraz unikalnością.

W przypadku Połowy ciekawość tego, jak został przedstawiony problem aranżowanych małżeństw, przeważyła. Historia piętnastoletniej Fidan na pierwszy rzut oka jest przedstawiona bardzo prostolinijnie, jednak z upływem kolejnych minut wciąga na dobre. Wielopłaszczyznowe zagadnienie zostało ukazane w niebanalny, lecz wciąż przystępny nawet dla młodszych widzów sposób. Smaczki kulturowe łączą się tu z przemyślaną impresją dotyczącą seksualności, a tematyka samotności smacznie współgra z nienachalnie serwowanym humorem.

Girl Asleep / reż. Rosemary Myers

Gdyby udało się pociągnąć tę zabawę formą w stylu Wesa Andersona do samego końca, otrzymalibyśmy barwny, pasjonujący obraz przedstawiający dojrzewanie w nieco odmienny i mniej zdemonizowany sposób. Od połowy filmu fabuła nie płynie jednak równolegle ze scenografią, dlatego Girl Asleep nie można bez wahania przyznać dziesięć gwiazdek. Tak czy inaczej, opowieść o przełomowym dla czternastoletniej Grety kryje w sobie wiele atutów i nie są nimi wyłącznie walory wizualne.

Urban Hymn / reż. Michael Caton-Jones

Michael Caton-Jones, który w zestawieniu gości tegorocznego Ale Kino obok Rocka Demersa był chyba najbardziej doświadczonym twórcą filmowym, zaserwował poznaniakom dość przewidywalną, ale ciepłą historię o poszukiwaniu nadziei w nawet najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Urban Hymn trąci momentami coachingowym W pogoni za szczęściem, a czasami przypomina konwencją Roberta Zemeckisa (Forrest Gump), jednak wciąż nie jest przebrzmiałe i wciąga widza na dobre. W produkcji, która otrzymała od organizatorów nagrodę publiczności, uwagę zwraca muzyka: stanowiąca zarówno odrębną całość, jak i element wkradający się pomiędzy losy głównej bohaterki.

Alias Maria / reż. José Luis Rugeles

Sympatyczny Kolumbijczyk, który przebijał się gdzieś między kulisami tegorocznego festiwalu, okazał się czarnym koniem pokazów konkursowych. Rugelesowi udało stworzyć się całkiem naturalistyczną (momentami nawet brutalistyczną), przepełnioną niepokojem strachem i niepokojem opowieść o wojnie brzemiennej w skutkach. Nie jest to jednak kolejna seria batalistycznych ujęć z pola bitwy, a zakończona sukcesem próba pokazania, że podczas konfliktów zbrojnych sporo tracą nie tylko ci walczący. Trzynastoletnia żołnierka z partyzantki staje się everymanem wszystkich, którzy nie mają jeszcze zbyt wiele do powiedzenia, a zostają brutalnie wciągnięci w wir militarnych zdarzeń.


warto pójść: 20. OFF Cinema

Rzeczywistość, w porównaniu ze światem fikcji jest ciekawsza, bardziej wieloznaczna. Za pomocą dokumentu mogę pokazać rzeczy prawdziwie. I pozostanę przy tym. –  powiedział kiedyś Paweł Kędzierski, jeden z najbardziej znanych przedstawicieli polskiego filmu dokumentalnego. Zgadzasz się z jego słowami? OFF Cinema jest skierowany właśnie dla Ciebie. Polemizujesz? Ty także powinieneś wybrać się do poznańskiego Centrum Kultury Zamek – choćby po to, by przez kilka dni obcować z nieco inną formą prezentowania wydarzeń na ekranie.

20. edycja poznańskiego wydarzenia jest szczególna pod każdym względem. Jak zawsze, otrzymamy od organizatorów solidną dawkę nowości ze światowych festiwali, spotkania z reżyserami oraz filmoznawcami, retrospekcje, pokazy specjalne i to, co najbardziej kręci młodych producentów – konkurs o Złoty, Srebrny oraz Brązowy Zamek. Wszystko to, zestawione z inicjatywami towarzyszącymi (silent disco czy warsztaty dla początkujących krytyków), składa się na intrygującą całość, której nie można przegapić.

Sam z przyjemnością wybiorę się na kilka pokazów, co i Wam polecam. Kilka dni przed uroczystą galą inaugurującą przedsięwzięcie postanowiłem wyłuskać co ciekawsze punkty z bogatego repertuaru. Teraz już wiecie, co będziecie robić w przyszłym tygodniu, prawda?

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham (reż. Paweł Łoziński) / 16.11, 16:00

nawet-nie-wiesz-jak-bardzo

Po emocjonalnym Ojciec i syn Paweł Łoziński wraca z kolejnym, przejmującym filmem. Autor jeszcze bardziej zmniejszył dystans pomiędzy kamerą a bohaterami przed nią stojącymi. Poruszając niełatwy, a zarazem wciąż stygmatyzowany przez Polaków temat terapii oraz psychoanalizy, warszawiak poruszy nawet najtwardszego widza.

Melancholia (reż. Klara Kochańska) / 17.11, 16:00

klara-kochanska

Zdobywczyni studenckiego Oscara za etiudę filmową Lokatorki postawiła na kino drogi. Z pozoru banalny pomysł, jednak w tytułowym, nieco melancholijnym anturażu, opowieść o czwórce starszych bohaterek staje się zaskakująco przejmująca i niezwykła. Klara Kochańska całkiem niepostrzeżenie wyrasta na jedną z bardziej spostrzegawczych reżyserek nad Wisłą.

Berlin: Symfonia wielkiego miasta (reż. Walter Ruttmann) / 18.11, 16:00

berlin-symfonia

W 1927 roku Fritz Lang stworzył bodaj jeden z najważniejszych filmów w niemieckiej kinematografii. Metropolis, które przedstawiało dystopijną wizję zindustrializowanego, klasowego społeczeństwa, bywa inspiracją nawet dla współczesnych artystów. W cieniu wielkiego dzieła – niegdyś opatrzonego ścieżką dźwiękową przez sam Kraftwerk – całkiem niesłusznie pozostaje Berlin: Symfonia wielkiego miasta. Utrzymany w całkiem podobnej konwencji dokument przedstawia dobę życia w stolicy Niemiec. Nietypowy i awangardowy jak na tamte czasy montaż w doskonały sposób odzwierciedla autentyczny, niewyreżyserowany zgiełk. Choć mówi się, że Walter Ruttmann nieco przedobrzył, jego najpopularniejsze dzieło jest czasami zestawiane na równi z radzieckim Człowiekiem z kamerą.

Gimme Danger (reż. Jim Jarmusch) / 18.11, 21:00

The Stooges In the Studio

Dokumentom muzycznym na OFF Cinema jest w tym roku poświęcony osobny blok tematyczny w festiwalowym Psie Andaluzyjskim. Warto zapoznać się z jego poszczególnymi pozycjami, jednak największym, bezprecedensowym wydarzeniem dla fanów oglądania swoich ulubionych zespołów na ekranie będzie Gimme Danger od Jima Jarmuscha. Autor kultowego Kawa i papierosy w swojej najnowszej produkcji składa hołd grupie The Stooges i jej charyzmatycznemu liderowi – Iggy’emu Popowi. Dokument przesiąknięty hipisowskim, wolnościowym klimatem to pasjonująca opowieść o poszukiwaniu artystycznego ducha.

Putin Forever? (reż. Kirill Nenashev) / 19.11, 19:15

putin

Rosja to temat wprost idealny dla dokumentalisty. Z jednej strony zekranizowania mogą doczekać się polityczne skandale, z drugiej równie poruszające byłyby historie o wszechobecnej biedzie i braku perspektyw na lepszą przyszłość. Kirill Nenashev wybrał pierwszą konwencję, opowiadając widzowi o proteście sprzed kilku lat przeciwko sfałszowanym wyborom do Dumy. Półtorej godziny rozmaitych przebitek nie skupia się jednak wyłącznie na samym procederze, a w barwny i kontrowersyjny sposób pokazuje, kim dla naszych wschodnich sąsiadów stał się ich przywódca – Władimir Putin.

Fuocoammare. Ogień na morzu (reż. Gianfranco Rosi) / 20.11, 21:00

Fuocoammare. Ogień na morzu,.jpg

Przystankiem na Morzu Śródziemnym pomiędzy Europą a Afryką jest niewielka wysepka Lampedusa. Ląd taki jak wszystkie, niczym się niewyróżniający. W ostatnich latach jej mieszkańcy stają się jednak wyjątkowo rozchwytywani, a ujęcia z ich domów czy ulic pokazywane są na całym świecie. Tak nagły szał mediów spowodowany jest napływem uchodźców, dla których terytorium Włoch jest przystankiem w drodze do lepszego jutra. Gianfranco pokazuje trudy wędrówki imigrantów, zgrabnie zestawiając je z obserwacjami tubylców, dla których nowe życie różni się od dotychczasowego. Intrygująca historia –  bazująca częściowo na domysłach widza, a częściowo na relatywizmie.

zajrzyj na oficjalną stronę OFF Cinema

dołącz do wydarzenia OFF Cinema na Facebooku

obejrzane: Ja, Daniel Blake

(Najprawdopodobniej) ostatnie dzieło w dorobku leciwego Kena Loacha nie jest jego opus magnum, jednak wciąż pozostaje intrygującym punktem wyjścia do dyskusji nad często pomijanym tematem.

Definicja kina społecznie zaangażowanego jest dla mnie dość nieścisła. Nie ustalono bowiem nawet umownej granicy pomiędzy impresją reżysera na temat otaczającej nas rzeczywistości a jawną próbą ingerowania w sprawy społeczne. Od tego drugiego niedaleko też do manipulacji bądź propagandy, dlatego grunt staje się jeszcze bardziej grząski. Nie zmniejsza to jednak zainteresowania pewnymi tytułami: wręcz przeciwnie, zaostrza apetyt widza na poznanie historii i wyrobienie sobie własnego zdania. To ostatnie jest chyba najistotniejsze – zobrazowanie jakiegoś problemu bywa kluczowe w zrozumieniu i jego dalszej interpretacji.

Takie cele przyświecały przez całą karierę Kenowi Loachowi – jednemu z najwybitniejszych brytyjskich twórców. Zaczął od skomentowania wyspiarskiego prowincjonalizmu w Kesie, zahaczył o powojenny podział Niemiec w Ojczyźnie, a w końcu nagrał nagrodzony Złotą Palmą Wiatr buszujący w jęczmieniu dotyczący irlandzkiej wojny o niepodległość. Jego trzydziesty pierwszy (!) film, czyli Ja, Daniel Blake, dotyka z kolei kwestii nieco pomijanej, a wciąż szalenie istotnej – niesprawiedliwości systemu przyznawania zasiłków.

i-daniel

Historia jest bardzo przystępna: ba, śmiem zaryzykować, że wręcz skrojona na Oscary. Już w pierwszych minutach filmu zaczynamy lubić głównego, tytułowego bohatera (w tej roli Dave Johns). Starszy mężczyzna staje oko w oko z bezlitosną, bezwzględną machiną urzędniczą. Wygrywasz – otrzymujesz zasiłek i masz kilka miesięcy spokoju. Przegrywasz – zostajesz bez środków do życia. Nasza postać musi stawić czoła niepowodzeniu – niestety, jego parametry zdrowotne nie zaklasyfikowały go do otrzymania pieniędzy. W jego chcąc nie chcąc heroicznej walce wspiera go nowo poznana przyjaciółka – matka uroczej dziewczynki, Katie.

Wszystko byłoby idealnie. Naprawdę, produkcja została stworzona z imponującą dbałością o detale na pierwszy rzut oka niewidoczne. Muzyka skomponowana przez George’a Fentona doskonale współgra z poszczególnymi scenami, a zdjęcia i scenografia nadają seansowi płynności. Jest jednak jeden problem, który zauważyłem już we wcześniejszych propozycjach zaserwowanych przez Loacha – prostolinijność. Wgryzienie się w temat nie jest zawsze konieczne, lecz w Ja, Daniel Blake jego brak czyni całą fabułę zbyt zero-jedynkową i – co by nie powiedzieć – naiwną.

Reżyser postawił na wtórność, przenosząc na ekran archetypy znane nam z popkultury już od wielu lat. Johns gra sympatycznego staruszka, wdowca. Pojawia się samotna matka, nieufna mężczyznom po stracie ojca dziecka. Schematyczna jest nawet przemiana bohatera – z indyferentnego obywatela do rozgniewanego kafkowskim klimatem buntownika. Cały ten anturaż jest na swój sposób uroczy i wciągający, jednak przez taką przewidywalność film nie zostaje w pamięci na dłużej. Kinu społecznemu przydaje się element niedopowiedzenia i zagadki, co doskonale pokazał choćby opisywany już tutaj Dług.


szybka piątka: najlepsze utwory Radiohead

Następna szybka piątka została stworzona nie bez powodu – i chyba nie muszę tłumaczyć, jakiego. Po ośmiu (!) latach przerwy jeden z najbardziej rozpoznawalnych rockowych zespołów powraca do Polski – pomyślicie. Nieprawda: Radiohead i ich twórczości nie da się ot tak zatrzasnąć w pospiesznie napisanym truizmie. To nie jest zwyczajna grupa, a zjawisko muzyczne, artystyczne, jedyne w swoim rodzaju połączenie niekonwencjonalnych wizji, chwytów marketingowych i uważna obserwacja otaczającej nas rzeczywistości. Każdym kolejnym albumem Thom Yorke i spółka udowadniali, że są jeden krok dalej od kolegów z branży. Nie trzeba chyba więcej udowadniać, że ich obecność na przyszłorocznym Open`erze jest wielkim wydarzeniem i nawet ci, którzy dotychczas nie znali takich wydawnictw jak Kid A albo The Bends, powinni pojawić się 28 czerwca w Gdyni.

radio

Wybranie moich pięciu ulubionych piosenek autorstwa panów z Abingdon traktuję raczej jako zabawę, a nie poważny ranking. Niektóre krążki umieściłbym w tym zestawieniu w całości, ale formuła cyklu skłania mnie do wytypowania tylko tych utworów, które najbardziej zapadły mi w pamięci. Nie przedłużając: zachęcam do odsłuchu i dzielenia się własnymi spostrzeżeniami!

Thinking About You

Istnieje ogromna przepaść gatunkowa pomiędzy debiutanckimi wydawnictwami Radiohead a chociażby progresywnym, wspomnianym już Kid A albo In Rainbows. Pierwsze kawałki nie formacji były zbyt rozbudowane i skłaniały się w stronę klasycznego, gitarowego brit-popu. Z racji tego, że na mojej playliście niezbyt często goszczą kawałki modnych wtedy Talk Talk albo Oasis, longplay, który zainaugurował karierę gwiazd Open’era 2017, nie jest moim ulubionym. Jest jednak na Pablo Honey jeden kawałek, który już od pierwszych akordów Johny’ego Greenwooda obezwładnia mnie szczerością i aż prosi się, by go zapętlać. To Thinking About You – prosta, ale zaskakująco prawdziwa historia o nie do końca odwzajemnionej miłości.

Planet Telex

O Radiohead mówi się z przekąsem, że nigdy nie udało im się nagrać piosenki podnoszącej na duchu. W żadnym momencie nie uznałem tego za ujmę dla muzyków: osobiście nie wyobrażam sobie, żeby Thom Yorke zaczął śpiewać optymistyczne peany na cześć szczenięcej miłości. W serwowaniu wersów o melancholii, bezsilności i – najprościej to powiedzieć – smutku – Brytyjczycy są po prostu niezrównani. To właśnie Planet Telex po raz pierwszy silniej utwierdziło mnie w takim przekonaniu. Rytmiczna perkusja (Phil Selway zrobił swoje!) uzupełniona o instrumentalne intro i przeszywający wokal machinalnie wyśpiewujący Everything is broken tworzy niezwykły, nostalgiczny klimat. Słowem: fenomenalny i zdecydowanie niedoceniany kawałek z płyty The Bends.

No Surprise

Parafrazując tytuł – tu znów nie ma niespodzianek. Wokalista ponownie zatraca się w dojmującym spleenie, po raz kolejny otrzymujemy piękny, nieco oniryczny tekst korespondujący z wewnętrznym cierpieniem. Mogłoby się wydawać, że ta powtarzalność konwencji zacznie męczyć, jednak skwituję krótko – nie w przypadku Radiohead. Powolne, dyktujące tempo perkusjonalia (czy to właśnie nimi nie inspirowało się Lenny Valentino?) czynią z No Surprise niepowtarzalną, hipnotyczną kołysankę.

Everything In Its Right Place

W końcu doszliśmy do mojego ulubionego albumu! Kid A to dla mnie bezsprzecznie jedna z najważniejszych płyt końcówki XX. wieku. Thom Yorke zaczyna eksperymentować z synkretyzmem: sięga po improwizację jazzową, elektronikę, zaczyna bawić się modulacją głosem i samplami. Wszystko to, zestawione z jeszcze bardziej zawiłymi i intrygującymi tekstami, tworzy dzieło niemalże kompletne, a zarazem niepokojące. Nie ukrywam – gdy po raz pierwszy usłyszałem Everything In Its Right Place, trochę się przestraszyłem. W teorii Radiohead śpiewa, że wszystko jest w porządku, w praktyce to tajemnicza opowieść o bipolarnej naturze człowieka.

oo, i jeszcze nieoficjalny teledysk z fragmentami z Lost in Translation, wszystko się łączy!

Lotus Flower

Im bliżej 2016 roku, tym muzyka Radiohead staje się coraz bardziej wielowątkowa. Taką tezę wysnuwam przede wszystkim przez obserwację wszechstronności członków ekipy – i nie piszę wyłącznie o Thomie, który pozwolił sobie na artystyczne skoki w bok z Bjork, Modeselektorem czy Four Tetem. Swoje jednoosobowe przygody miał też na koncie choćby gitarzysta Johnny Greenwood, który podjął się interpretacji kawałków minimalisty Steve’a Reicha albo stworzenia ścieżki dźwiękowej do filmu Norwegian Wood. Wszystkie te solowe poszukiwania w połączeniu z regularnym, wspólnym graniem sprawiły, że brytyjski kwintet w pewnym momencie zaczął deklasować konkurencję. Oszałamiający postęp zaczął się już na Hail To The Thief i In Rainbows, jednak sam chciałbym wyróżnić The King of Limbs z 2011 roku. To na tym krążku znalazła się przepiękna, zahaczająca stylistycznie o downtempo piosenka Lotus Flower. Nieco metafizyczne porównanie relacji międzyludzkich do rozwijającego się kwiatu lotosu mógł zaprezentować tylko jeden zespół.

no i przez ten teledysk Yorke stał się moim ulubionym tancerzem!